![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Szczęśliwym trafem przed odwiedzinami ojczyzny zerknąłem na stronę Alchemii, miejsca, w którym od jakiegoś czasu dzieje się dużo ciekawych dla mnie rzeczy. Szkoda tylko, że tak rzadko mogę się tam pojawić. No dobra. Już dotarłem.
O stoliku słyszałem
relacje z koncertów, trochę czytałem no i widziałem kiepskiej jakości
fragmenty przedstawienia. To wszystko zwielokrotniło mój apetyt na
osobiste „skonsumowanie” projektu Karbido.
Jednego jestem niemal
pewien mianowicie tego, że kwartet nie jest zwykłym zespołem. Chłopaki budują nastrój, rozwijają dźwiękowe krajobrazy, które bardziej zachęcają do wycieczek niż kolorowe plakaty w biurach turystycznych. A wszystko przy niby skromnym instrumentarium, głosach i niewyrafinowanym oświetleniu. Przy tej całej niby awangardowości projektu jednak (może na szczęście) są sygnały, że mamy odczynienia z klimatem generowanym przez ludzi z krwi i kości. Słychać ich upodobania muzyczne czy po prostu nawiązania do ogólnie znanych i przyswajalnych utworów. (Tu się zastanawiałem czy to wynikało z zabiegów marketingowych czy po prostu tak) Przez stolik przewijają się klimaty klubowe, etniczne dźwięki z rozbębnionej Afryki czy gardłowe śpiewy ala Yat-Kha no i jak wszędzie rock. Jak na jazzowy zespół (jak gdzieś wyczytałem) przystało w występ były i wplątane tzw. standardy, z których wyłapałem Hej Joe i Siała baba mak (tu niestety tylko refren) Mam nadzieję jeszcze być świadkiem cięcia, głaskania, lizania ….. itp.itd. blatu, co zapewne w innym czasie przyniesie mi inne, nowe doznania. Na razie z pewną nieśmiałością, a nawet zażenowaniem siadam do stołu z widelcem i nożem, że już nie wspomnę o łyżce.
|