|
   
Tinariwen - The Radio Tisdas Sessions[2002]
Tinariwen - Amassakoul[2003]
Tinariwen - Aman Iman: Water Is Life[2007]
Tinariwen - Imidiwan [2009]
Co tu pisać. Tinariwen
poznałem kilka lat temu odwiedzając przyjaciela w Warszawie. Dwa dni
siedzieliśmy słuchając ich muzyki i popijając piany z całego świata.
Dzięki Jahnek.
Muzyka prosto
z serc jak prawdziwy blues. Pustynna muza w nieco skażonym światowym
brzmieniem zabarwieniu. Czasem może szkoda, że ten piasek bardziej nie
zgrzyta w zębach. Więcej o zespole od mądrzejszych ludków.
Zespół z północnego Mali.
Grają afrykańskiego bluesa. Obecnie występują w składzie – Ibrahim „Abaraybone”
Ag Alhabib (wokal prowadzący, gitara prowadząca), Hassan „Abin Abin” Ag
Touhami (wokal prowadzący, gitara), Abdallah „Catastrophe” Ag Alhousseyni
(wokal prowadzący, gitara akustyczna), Mohammed „Japonais” Ag Itlale
(gitara), Eyadou Ag Leche (bas), Said Ag Ayad (perkusja), Elaga Ag Hamid
(gitara rytmiczna) oraz Abdallah „Intidao” Ag Lamida (gitara).
Grupa powstała w 1979 roku z inicjatywy Ibrahima Ag Alhabiba. Mając cztery
lata, patrzył na egzekucję swojego ojca, tuareskiego bojownika o wolność.
Zafascynowany westernami i grą na gitarze, własnoręcznie, z dostępnych
materiałów (elementów roweru i drewna) zbudował dla siebie instrument. I
tak rozpoczęła się jego przygoda z muzyką, a konkretnie ze starymi
pieśniami Tuaregów, berberyjskich ludów zamieszkujących obszar Północnej
Afryki. Początkowo mieszkał w obozie dla uchodźców, następnie przeniósł
się do Libii i Algierii. Pod koniec lat 70. dołączył do społeczności
tuareskiej, poznając radykalne grupy muzyczne z tamtejszego rejonu
etnicznego, jak Nass El Ghiwane i Jil Jilalę, łączące w swoim brzmieniu
rdzenny folk z odniesieniami do twórczości między innymi – Elvisa
Presley’a, Led Zeppelin, Carlosa Santany, Dire Straits, Jimiego Hendrixa,
Boney M, Boba Marley’a, a nawet legend country – Kenny’ego Rogersa i Dona
Williamsa.
Ag Alhabib zaprosił do współpracy Inteyedena Ag Ablila, jego brata Liyę
oraz Hassana Ag Touhamiego. Początkowo grali na przyjęciach, głównie
weselach. Nie mieli też nazwy, choć słuchacze zaczęli nazywać ich „Kel
Tinariwen”, co w tłumaczeniu oznaczało „Ludzie Pustyni”. Rok później,
przywódca Libii, Muammar Kaddafi, podpisał dekret o poddaniu wszystkich
młodych Tuaregów pełnemu szkoleniu wojskowemu. W zamierzeniu, miał z nich
powstać elitarny oddział zabójców, którzy w przyszłości mogliby posłużyć
do inwazji na jedno z sąsiednich państw. Muzycy podporządkowali się nowemu
prawu i przeszli dziewięciomiesięczny trening.
Minęło pięć lat. W tym czasie artyści stali się przywódcami prawdziwego
tuareskiego ruchu oporu wobec totalitarnej polityki libijskiej, a także
nawiązali współpracę ze świetnymi gitarzystami - Keddou Ag Ossadą,
Mohammedem „Japonais” Ag Itlalą, Sweiloumem, Abouhadidem oraz Abdallahem
Ag Alhousseynim. Teraz cały zespół był już rozpoznawany pod szyldem
Tinariwen, co w tłumaczeniu znaczy Pustynie. Szybko zbudowali własne
studio, w którym nagrywano muzykę na czyste kasety i rozdawano je potem za
darmo. W ten sposób, ich nagrania zaczęły docierać poza ten region Afryki.
W 1989 roku opuścili Libię i przenieśli się do Mali, a konkretnie do małej
wioski Tessalit, w której urodził się Ag Alhabib. Odwiedził ją teraz po
dwudziestu sześciu latach nieobecności. W następnym roku doszło do
rewolucji – Tuaregowie wystąpili przeciw rządowi Mali. Wśród
opozycjonistów byli też także członkowie Tinariwen. Po zawarciu rozejmu –
muzycy wystąpili z wojska i poświęcili się wyłącznie swojej karierze.
W 1992 roku, część z artystów wyjechała na Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie
nagrali kasetę z nowym materiałem, a także wystąpili z kilkoma koncertami
dla Tuaregów, żyjących tam w diasporze.
Sześć lat później, na swojej drodze spotkali francuski zespół Lo’Jo,
grający muzykę world, a występujący właśnie na festiwalu w Bamaku, stolicy
Mali. W efekcie, w 1999 roku, dwóch muzyków Tinariwen pojechało do Francji
i razem z Lo’Jo, założyli koncertową formację Azawad. W styczniu 2001
roku, dwie grupy pojawiły się razem w Mali, na Festiwalu Pustyni, choć to
Tinariwen wystąpili w roli gwiazdy. Zainteresowanie zespołem wzrosło wtedy
niepomiernie. Na początku sierpnia ukazała się ich debiutancka płyta
długogrająca „The Radio Tisdas Sessions”, zrealizowana podczas sesji
radiowych i będąca pierwszym materiałem nagranym poza Afryką. Pod koniec
roku, formacja uświetniła swoją obecnością między innymi Roskilde, a także
londyński South Park.
Od tego czasu, muzycy zagrali ponad siedemset koncertów – w Europie,
Ameryce Północnej, Japonii oraz Australii. Gościły ich między innymi –
Glastonbury, Coachella, Paleo i WOMAD. Równocześnie, w składzie formacji
zaczęli pojawiać się nowi, młodzi muzycy, którzy wprawdzie nie pamiętali
już konfliktu militarnego, kładącego się tak wielkim cieniem na całej
tuareskiej społeczności, doceniali jednak, że to właśnie on ukształtował
środowisko, w którym przyszło im tworzyć. Formację wsparli – basista
Eyadou Ag Leche, perkusista Said Ag Ayad, gitarzyści – Elaga Ag Hamid oraz
Abdallah Ag Lamid, a także wokalistka – Wonou Walet Sidati i siostry z
zespołu the Walet Oumar.
W październiku 2004 roku swoją premierę miał ich drugi longplay „Amassakoul”
(w tłumaczeniu „Podróżnik”). W następnym roku zespół otrzymał nagrodę BBC
w kategorii Muzyka Świata. W 2007 roku ukazał się trzeci album studyjny
formacji „Aman Iman” („Woda jest życiem”). Wydawnictwa zbierały świetne
recenzje, a wśród oficjalnych fanów grupy zaczęto wymieniać sławy
zachodniego przemysłu muzycznego – Carlosa Santanę, Roberta Planta, Bono,
Thoma Yorke’a (Radiohead), Chrisa Martina (Coldplay), Briana Eno i TV On
The Radio. W 2008 roku Tinariwen zostali uhonorowani prestiżową niemiecką
Praetorius Music Prize.
W połowie października 2009 roku została wydana ich najnowsza płyta „Imidiwan”
(„Towarzysze”).
Wśród fascynacji, jakim ulegali muzycy formacji, słychać wyraźne
amerykański blues. Ponieważ jednak ich twórczość powstawała w specyficznej
geograficznej izolacji, trzeba oczywiście wspomnieć o artystycznych
korzeniach, które legły u podstaw całego brzmienia Tineriwen. To muzyka
Zachodniej Afryki, a ściślej biorąc, regionu leżącego wzdłuż Nigru, między
Timbuktu i Gao. Z jednej strony to tradycyjne tuareskie melodie, oparte na
pasterskich piszczałkach (pierwszych tamtejszych instrumentach), a także
czymś w rodzaju jednostrunowych skrzypiec, prostych bębnów, obciągniętych
skórami zwierząt i teherdentu (tamtejszej lutni). Z drugiej – wpływy
berberyjskie z północnej Algierii. Z czasem pojawiły się znane z kultury
zachodniej – gitary. Wśród tego prawdziwego konglomeratu słychać ponadto
elementy popu, tradycyjnej muzyki Mali, a nawet wpływy hinduskie.
Natomiast ich teksty, od zawsze koncentrowały się na problemach zwykłych
tuareskich ludzi.
Tekst z > http://www.miastomuzyki.pl |
|

Mitch & Mitch with their Incredible Combo - XXII Century Sound
Pioneers (Lado B/7, 2010)
Mitch & Mitch - 12 Catchy Tunes (We Wish We Had Composed) (Lado
B/4, 2006)
Baaba - Disco Externo (Lado A/6, 2010)
Baaba W Akwarium (Lado 2008)
a
wszystko tam >>
Baby znam od zawsze. I nie są
to wspomnienia przedszkolne, bo tam nie uczęszczałem ale raczej
młodzieńcze lata mojego marnego żywota, no i ponad dwudziestoletni staż
małżeński... Generalnie dla faceta z krwi i ości kojarzy się źle .... co
innego kobieta, no i nie daj boże żona .... ale BAABA to inna historyjka.
Kiedyś zakupiłem na jakiejś giełdzie płytowej ich pierwszą płytę jaką
usłyszałem (prehistoria) i zwaliła mnie od pierwszych psich dźwięków, po
których tajemnicza sekcja J5 z hipnotyzującym basem wprawiły mnie w
osłupienie, no a jak weszła cała reszta dźwięków z galopującą perkusją i
dziwnie zaplatanymi między tym wszystkim jakimiś chyba klawiszami okazało
się że muszę kolejny raz zmienić swój pogląd na temat polskiej muzyki. To
było coś nowego, na miarę początku następnego tysiąclecia. A jednocześnie
Con Gas! zupełnie nie było (i tak w zasadzie pozostaje do dzisiaj z
twórczością większości super projektów w PRLu) zauważone przez media.
Walić media kto szuka ten błądzi i w końcu znajduje .....
Moje ulubione dźwięki z kuchenki to niewątpliwie Pies i Manekin, chociaż
jak dzisiaj słucham tej płyty to łechce mnie Mgid nie wiedząc dla czego
wywołuje u mnie kolorowe wspomnienia z niedawnych azjatyckich wojaży.
Generalnie wszystkie zamieszczone w tej ramce gramofonu płyty skłonny
jestem podpiąć pod szyld "Zen i harakiri"
Większość z nich nabyłem drogą kupna przy okazji najazdu Baab na
flamandzką część Belgii. Koncert był dokładnie taki jak mi rekomendował
występy sceniczne grupy jazzowonieokreślonej ze stolicy PRLu kolega z
innej degenerackiej grupy muzycznej 100nak. Kilka (niestety fatalnych) zdjęć przy okazji można zobaczyczyć
TAM.
Niemal ze łzami w oczach, zrywając podeszwy i krusząc beton flamandzkiego
klubiku tupałem i kontemplowałem słuchając opowieści o Borewiczu, bo to
była moja młodość i żaden Rambo tego nie zabije.
Generalnie w sieci jest sporo recenzji tych płyt, klepniętych przez
bardziej elokwętnych niż ja gości. A j asamousznie muszę przyznać, że
jestem jak w kinie .... niemal każdy utwór obu składów wprowadza bardzo
wizjotwórcze opowieści, które nie są tylko tłem historyjek, ale ich
narracją, co sprawia w mojej małej głowie lekki zamęt między uszami, ale
po ogarnieciu się i wyczyszczeniu bębęków mozna lecieć dalej w porywającą
podróż .... a wiadomo że lubę jeżdzić, więc jak siedzę często ostatnio
podróżuję z przygrawającymi chłopakami ze stolicy.
Zazębiające się składy dwóch
formacji a niezliczona ilość rozmaitych doznań i skojarzeń.
Wszystkie płyty i jeszcze
więcej można w rozsądnych cenach zakupić
TAM i cieszyć
się zapachem i dźwiękiem z LadoABC
|
THE
EX - 30
Ex Records, 2009No
i kolejny rok minął, a z nim przeleciało w chuj dźwięków …ów …i tych uw,
co słuchali nasi sąsiedzi i czerwony krzyż
.
Niektóre wciąż leżą gdzieś zakopane pod woskowiną uszną, a część po prostu
odleciała z łupieżem i ulotniła się jak poranny bąk z dupy.
Kurde przecież nie zrobiłem w końcu bloga, więc nie wiem, po co te
odwracania kiszek do białości.
Bez strachu …. Żadnych podsumowań, bilansów itp., itd.
The Ex 30
Jak do tej pory w gramofonie zapodawałem tylko kolaborację holendrów z
etiopskimi jazzmanami, która na żywca i z CD daje po bębękach i jak dla
mnie wprowadza w błogi stan nieobecności w otaczającym nas syfie.
Nie da się wymazać młodzieńczych anarchopacyfistycznych fascynacji, które
w trudnym wieku średnim powodują, że żona jest zazdrosna o coraz młodsze
laski, no i zdziwienie znajomych, co taki pryk jak ja może robić na tych
koncertach ze studentami i licealistami… (- kami oczywiście też) musze
powiedzieć, że się świetnie bawię.
Wracając do płyty i The Ex … miałem nawet jechać na urodzinową imprezę do
Amsterdamu, (gdzie był wernisaż naszej rodaczki fotograficzki >) no, ale
…. Jka to zazwyczaj bywa zabrakło i czasu i zapału ………….
Jeśli mi powiesz, że nie słyszałeś The Ex to ja Tobie powiem, że chuja
słyszałeś i wsadź głębiej koreczki ….Albo po prostu zacznij słuchać, co
niestety nie będzie miało takiego efektu jak regularne obserwowanie
ewolucji punkowego anarchistycznego kolektywu do niemal gwiazdy
undergrondowej sceny.
Ja tam nie wiem, co to podziemie, chyba, że siedzę przy komputerze w swoim
prywatnym przyziemiu i zamykam się niestety w mentalnym podziemiu własnej
łysej pały. Bo od dłuższego czasu jakoś zupełnie nie rajcują mnie relacje
społeczne.
Jestem ja,
muzyka, która mnie kręci i
…. rbota (fakt zapierdalam czasem jak niewolnik) ale ponoć to właśnie
praca ma nas wyzwolić na co z utęsknieniem czekam.
Przychodząc na kolejny koncert Ex-ów usłyszałem, że po 29 latach SOK
odszedł na emeryturę, czy po prostu nie mógł się dogadać z kolegami,
którzy mniej radykalnie podchodzili do ideologicznego wydźwięku „piosenek”
the Ex.
Nie wiem tego, ale słyszałem jego, zastepcę, który mimo młodego wieku
zajebiście wpisuje się w klimat kapeli i koncertowo wypada bardzo
pozytywnie.
Trzydzieści lat …. Znajomi zrobili mi na ta rocznicę GW gdzie wszystkie
artykuły były jakoś powiązane z moja skromnie śmierdzącą osobą …. W sumie
uważam iż takie wydawnictwa są żenujące i niepotrzebne, bo wariaci jak ja
i tak pójda na kolejny koncert Exów czy posłuchają ich płyty, bądź będą
śledzili co nowego robi Moor, czy Terrie Ex chyba najaktywniejszy z
muzyków, który doskonale rekompensuje swoje warsztatowe braki
efekciarskimi, ale przy tym super brzmiącymi experymentami.
Moor natomiast pojechał w nieco bardziej melancholijne i opieczętowane
etykieta muzyki współczesnej czy impro klimaty, co na kilku płytach wypada
bardzo przyjemnie.
Terrie to zupełnie inny rozdział.
Wiecznie uśmiechnięty holender …. To nie może wróżyć kolorowych snów.
Dla mnie to wydawnictwo jest jak lista przebojów ….
Ponieważ nie mogę obiektywnie ocenić tego składaka polecam do odsłuchu
….. jak się komuś nie podoba niech wali konia mordą, bo koniec świata na
pewno nie nastąpi wcześniej niż całkowity rozpad The Ex.
a tu cos napisali ludkowie co sa bardziej elokwętni i wygadani w temacie >
diapozon
popup
Dla mnie w dotychczasowej
karierze zespołu najważniejsze albumy to
Jorgers & Smoggers
And the weatheman shrug their ....
Skrabbling At the Lock
Moa Anbessa no i oczywiście kilka kolaboracji głównie Terriego .... ale to
zupełnie inny rozdział.
|