CZYLI TZW. KĄCIK MUZYCZNY
Pliki do pobrania za obrazkami tylko dla znajomych.
Jeśli chcesz login i hasło tu możesz napisać
by cieszyć ucho dźwiękami a po orgazmie je wykasować i zakupić CD.

 

Tinariwen - The Radio Tisdas Sessions[2002]
Tinariwen - Amassakoul[2003]
Tinariwen - Aman Iman: Water Is Life[2007]
Tinariwen - Imidiwan [2009]

Co tu pisać. Tinariwen poznałem kilka lat temu odwiedzając przyjaciela w Warszawie. Dwa dni siedzieliśmy słuchając ich muzyki i popijając piany z całego świata. Dzięki Jahnek.
Muzyka prosto z serc jak prawdziwy blues. Pustynna muza w nieco skażonym światowym brzmieniem zabarwieniu. Czasem może szkoda, że ten piasek bardziej nie zgrzyta w zębach. Więcej o zespole od mądrzejszych ludków.

Zespół z północnego Mali. Grają afrykańskiego bluesa. Obecnie występują w składzie – Ibrahim „Abaraybone” Ag Alhabib (wokal prowadzący, gitara prowadząca), Hassan „Abin Abin” Ag Touhami (wokal prowadzący, gitara), Abdallah „Catastrophe” Ag Alhousseyni (wokal prowadzący, gitara akustyczna), Mohammed „Japonais” Ag Itlale (gitara), Eyadou Ag Leche (bas), Said Ag Ayad (perkusja), Elaga Ag Hamid (gitara rytmiczna) oraz Abdallah „Intidao” Ag Lamida (gitara).
Grupa powstała w 1979 roku z inicjatywy Ibrahima Ag Alhabiba. Mając cztery lata, patrzył na egzekucję swojego ojca, tuareskiego bojownika o wolność. Zafascynowany westernami i grą na gitarze, własnoręcznie, z dostępnych materiałów (elementów roweru i drewna) zbudował dla siebie instrument. I tak rozpoczęła się jego przygoda z muzyką, a konkretnie ze starymi pieśniami Tuaregów, berberyjskich ludów zamieszkujących obszar Północnej Afryki. Początkowo mieszkał w obozie dla uchodźców, następnie przeniósł się do Libii i Algierii. Pod koniec lat 70. dołączył do społeczności tuareskiej, poznając radykalne grupy muzyczne z tamtejszego rejonu etnicznego, jak Nass El Ghiwane i Jil Jilalę, łączące w swoim brzmieniu rdzenny folk z odniesieniami do twórczości między innymi – Elvisa Presley’a, Led Zeppelin, Carlosa Santany, Dire Straits, Jimiego Hendrixa, Boney M, Boba Marley’a, a nawet legend country – Kenny’ego Rogersa i Dona Williamsa.

Ag Alhabib zaprosił do współpracy Inteyedena Ag Ablila, jego brata Liyę oraz Hassana Ag Touhamiego. Początkowo grali na przyjęciach, głównie weselach. Nie mieli też nazwy, choć słuchacze zaczęli nazywać ich „Kel Tinariwen”, co w tłumaczeniu oznaczało „Ludzie Pustyni”. Rok później, przywódca Libii, Muammar Kaddafi, podpisał dekret o poddaniu wszystkich młodych Tuaregów pełnemu szkoleniu wojskowemu. W zamierzeniu, miał z nich powstać elitarny oddział zabójców, którzy w przyszłości mogliby posłużyć do inwazji na jedno z sąsiednich państw. Muzycy podporządkowali się nowemu prawu i przeszli dziewięciomiesięczny trening.

Minęło pięć lat. W tym czasie artyści stali się przywódcami prawdziwego tuareskiego ruchu oporu wobec totalitarnej polityki libijskiej, a także nawiązali współpracę ze świetnymi gitarzystami - Keddou Ag Ossadą, Mohammedem „Japonais” Ag Itlalą, Sweiloumem, Abouhadidem oraz Abdallahem Ag Alhousseynim. Teraz cały zespół był już rozpoznawany pod szyldem Tinariwen, co w tłumaczeniu znaczy Pustynie. Szybko zbudowali własne studio, w którym nagrywano muzykę na czyste kasety i rozdawano je potem za darmo. W ten sposób, ich nagrania zaczęły docierać poza ten region Afryki.

W 1989 roku opuścili Libię i przenieśli się do Mali, a konkretnie do małej wioski Tessalit, w której urodził się Ag Alhabib. Odwiedził ją teraz po dwudziestu sześciu latach nieobecności. W następnym roku doszło do rewolucji – Tuaregowie wystąpili przeciw rządowi Mali. Wśród opozycjonistów byli też także członkowie Tinariwen. Po zawarciu rozejmu – muzycy wystąpili z wojska i poświęcili się wyłącznie swojej karierze.

W 1992 roku, część z artystów wyjechała na Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie nagrali kasetę z nowym materiałem, a także wystąpili z kilkoma koncertami dla Tuaregów, żyjących tam w diasporze.

Sześć lat później, na swojej drodze spotkali francuski zespół Lo’Jo, grający muzykę world, a występujący właśnie na festiwalu w Bamaku, stolicy Mali. W efekcie, w 1999 roku, dwóch muzyków Tinariwen pojechało do Francji i razem z Lo’Jo, założyli koncertową formację Azawad. W styczniu 2001 roku, dwie grupy pojawiły się razem w Mali, na Festiwalu Pustyni, choć to Tinariwen wystąpili w roli gwiazdy. Zainteresowanie zespołem wzrosło wtedy niepomiernie. Na początku sierpnia ukazała się ich debiutancka płyta długogrająca „The Radio Tisdas Sessions”, zrealizowana podczas sesji radiowych i będąca pierwszym materiałem nagranym poza Afryką. Pod koniec roku, formacja uświetniła swoją obecnością między innymi Roskilde, a także londyński South Park.

Od tego czasu, muzycy zagrali ponad siedemset koncertów – w Europie, Ameryce Północnej, Japonii oraz Australii. Gościły ich między innymi – Glastonbury, Coachella, Paleo i WOMAD. Równocześnie, w składzie formacji zaczęli pojawiać się nowi, młodzi muzycy, którzy wprawdzie nie pamiętali już konfliktu militarnego, kładącego się tak wielkim cieniem na całej tuareskiej społeczności, doceniali jednak, że to właśnie on ukształtował środowisko, w którym przyszło im tworzyć. Formację wsparli – basista Eyadou Ag Leche, perkusista Said Ag Ayad, gitarzyści – Elaga Ag Hamid oraz Abdallah Ag Lamid, a także wokalistka – Wonou Walet Sidati i siostry z zespołu the Walet Oumar.

W październiku 2004 roku swoją premierę miał ich drugi longplay „Amassakoul” (w tłumaczeniu „Podróżnik”). W następnym roku zespół otrzymał nagrodę BBC w kategorii Muzyka Świata. W 2007 roku ukazał się trzeci album studyjny formacji „Aman Iman” („Woda jest życiem”). Wydawnictwa zbierały świetne recenzje, a wśród oficjalnych fanów grupy zaczęto wymieniać sławy zachodniego przemysłu muzycznego – Carlosa Santanę, Roberta Planta, Bono, Thoma Yorke’a (Radiohead), Chrisa Martina (Coldplay), Briana Eno i TV On The Radio. W 2008 roku Tinariwen zostali uhonorowani prestiżową niemiecką Praetorius Music Prize.

W połowie października 2009 roku została wydana ich najnowsza płyta „Imidiwan” („Towarzysze”).

Wśród fascynacji, jakim ulegali muzycy formacji, słychać wyraźne amerykański blues. Ponieważ jednak ich twórczość powstawała w specyficznej geograficznej izolacji, trzeba oczywiście wspomnieć o artystycznych korzeniach, które legły u podstaw całego brzmienia Tineriwen. To muzyka Zachodniej Afryki, a ściślej biorąc, regionu leżącego wzdłuż Nigru, między Timbuktu i Gao. Z jednej strony to tradycyjne tuareskie melodie, oparte na pasterskich piszczałkach (pierwszych tamtejszych instrumentach), a także czymś w rodzaju jednostrunowych skrzypiec, prostych bębnów, obciągniętych skórami zwierząt i teherdentu (tamtejszej lutni). Z drugiej – wpływy berberyjskie z północnej Algierii. Z czasem pojawiły się znane z kultury zachodniej – gitary. Wśród tego prawdziwego konglomeratu słychać ponadto elementy popu, tradycyjnej muzyki Mali, a nawet wpływy hinduskie. Natomiast ich teksty, od zawsze koncentrowały się na problemach zwykłych tuareskich ludzi.
Tekst z > http://www.miastomuzyki.pl

The Thing - Bag It!
Smalltown Superjazz 2009

To bodajże ósma płyta skandynawskich freejazzowców, która mimo iż trzyma pewien wciąż chyba wysoki poziom w swojej klasie jednak trochę blednie przy chociażby bardziej energetycznej Garage czy jedynce, że nie wspomnę o wydawnictwach z Cato Salsa Experience. Niby płyta z pułki jazzz, ale zagrana i wytłoczona z rockowym zacięciem czego zresztą można było się spodziewać już po przeczytaniu iż producentem krążka jest Steve Albini.
Jak na The Thing przystało jest tu sporo niemal noisowych partii i często mozna mieć wrażenie, że słucha się orkiestry drwali a nie wrażliwych muzykó. Mats i Flaten dodatkowo umalowali muzykę w elektroniczne kolorowe brudy, co daję jej większej przestrzeni i obrazek staje się dużo ciekawszy.
Na deser SMJZ dorzuca płytkę z jednym, trzydziestominutowym kawałkiem - Beef brisket (for ruby's) który doskonale obrazuje możliwości każdego z instrumentalistów. Bezlitosny Gustafsson wypluwa w słuchacza wnętrzności, Nilssen bombarduje z taką siłą rażenia, że chce się przekrzyczeć Matsa. Pozornie dużo tu bezładnego hałasu, ale po poddaniu się tej muzyce można odkrywać wiele przyjemnych smaczków.
>>
 

 
Lean Left - Volume 1   Lean Left - Volume 2
(2010 Smalltown Superjazzz)

Andy Moor, Terrie Ex, Ken Vandermark, Paal Nilssen-Love powinno już wystarczyć jako rekomendacja dwóch płyt, które tak na prawdę są zapisem jednego koncertu kwartetu, który odbył się w marcu 2008 w Amsterdamie.
Duet gitarzystów z The Ex zaprawionych w punckrockowych bojach, od wielu lat kolaboruje z poszukującymi muzykami, z ludźmi, którzy mają cos do powiedzenia. Chociaż ich drogi trochę się rozeszły w tym kwartecie jak dla mnie doskonale się uzupełniają i dogadują szarpiąc struny każdy po swojemu. Terrie wykorzystując przedziwne jak dla gitarzysty rekwizyty produkuje zgrzyty, trzaski, sprzężenia, słowem brudy i hałasy. Andy bardziej zapełnia swój kanał melodyjkami, ale nie takimi piosenkowymi tylko zadziornymi no czasem melancholijnymi nieco riffami znanymi każdemu kto słuchał Exów.
Druga para czyli Nilssen i Ken podobnie jak koledzy gitarzyści nie jedną płytę już razem popełnili i są ze sobą ograni co słychać i czuć.
Obie płyty pokazują klasę całej czwórki mimo że w zasadzie nie przynoszą nic wielce odkrywczego i nowego w dorobku tych muzyków, co nie znaczy iż panowie stoją w miejscu.
 

        
Mitch & Mitch with their Incredible Combo - XXII Century Sound Pioneers (Lado B/7, 2010)
Mitch & Mitch - 12 Catchy Tunes (We Wish We Had Composed) (Lado B/4, 2006)
Baaba - Disco Externo (Lado A/6, 2010)
Baaba W Akwarium (Lado 2008)
a wszystko tam >>

Baby znam od zawsze. I nie są to wspomnienia przedszkolne, bo tam nie uczęszczałem ale raczej młodzieńcze lata mojego marnego żywota, no i ponad dwudziestoletni staż małżeński... Generalnie dla faceta z krwi i ości kojarzy się źle .... co innego kobieta, no i nie daj boże żona .... ale BAABA to inna historyjka.
Kiedyś zakupiłem na jakiejś giełdzie płytowej ich pierwszą płytę jaką usłyszałem (prehistoria) i zwaliła mnie od pierwszych psich dźwięków, po których tajemnicza sekcja J5 z hipnotyzującym basem wprawiły mnie w osłupienie, no a jak weszła cała reszta dźwięków z galopującą perkusją i dziwnie zaplatanymi między tym wszystkim jakimiś chyba klawiszami okazało się że muszę kolejny raz zmienić swój pogląd na temat polskiej muzyki. To było coś nowego, na miarę początku następnego tysiąclecia. A jednocześnie Con Gas! zupełnie nie było (i tak w zasadzie pozostaje do dzisiaj z twórczością większości super projektów w PRLu) zauważone przez media. Walić media kto szuka ten błądzi i w końcu znajduje .....
Moje ulubione dźwięki z kuchenki to niewątpliwie Pies i Manekin, chociaż jak dzisiaj słucham tej płyty to łechce mnie Mgid nie wiedząc dla czego wywołuje u mnie kolorowe wspomnienia z niedawnych azjatyckich wojaży.
Generalnie wszystkie zamieszczone w tej ramce gramofonu płyty skłonny jestem podpiąć pod szyld "Zen i harakiri"
Większość z nich nabyłem drogą kupna przy okazji najazdu Baab na flamandzką część Belgii. Koncert był dokładnie taki jak mi rekomendował występy sceniczne grupy jazzowonieokreślonej ze stolicy PRLu kolega z innej degenerackiej grupy muzycznej 100nak. Kilka (niestety fatalnych) zdjęć przy okazji można zobaczyczyć TAM.
Niemal ze łzami w oczach, zrywając podeszwy i krusząc beton flamandzkiego klubiku tupałem i kontemplowałem słuchając opowieści o Borewiczu, bo to była moja młodość i żaden Rambo tego nie zabije.
Generalnie w sieci jest sporo recenzji tych płyt, klepniętych przez bardziej elokwętnych niż ja gości. A j asamousznie muszę przyznać, że jestem jak w kinie .... niemal każdy utwór obu składów wprowadza bardzo wizjotwórcze opowieści, które nie są tylko tłem historyjek, ale ich narracją, co sprawia w mojej małej głowie lekki zamęt między uszami, ale po ogarnieciu się i wyczyszczeniu bębęków mozna lecieć dalej w porywającą podróż .... a wiadomo że lubę jeżdzić, więc jak siedzę często ostatnio podróżuję z przygrawającymi chłopakami ze stolicy.

Zazębiające się składy dwóch formacji a niezliczona ilość rozmaitych doznań i skojarzeń.
Wszystkie płyty i jeszcze więcej można w rozsądnych cenach zakupić TAM i cieszyć się zapachem i dźwiękiem z LadoABC
 

HARVEY MILK - Courtesy And Good Will Toward Men
   Relapse, 1996

Dzięki oskarowemu filmowi większość już wie kto to taki Harvey Milk , ale niestety nie wszyscy z nich wiedzą iż od kilkunastu lat (1992-1998 oraz 2006-do teraz) pod tą nazwą działa kapela, której muzyka przeplata hipnotyczny trans mocnym uderzeniem i dla uważnych specyficznym poczuciem humoru co bardzo lubię i ni jak ma się do gejowskich środowisk i lateksowych wieczorków tanecznozapoznawczych.
Sami jako główne swoje inspiracje wymieniają Leonarda Cohena i ZZ Top co już muzyków z Atlanty stawia w gronie żartownisi eksperymentatorów.
Muzycznie to dosyć ponury materiał gdzie pierwsze skrzypce to buczące rifffy gitar i jakby ospała, znudzona perkusja, no i sporo ciszy, która przybija chwilami bardziej niż najgorszy chałas. Pojawia się rozstrojone pianino, ale ni jak The Lord’s Prayer nie jest dla mnie w klimacie Toma. Za to majstersztyk dla moich uszu to początek Sunshine kawałka, który rozwija się w dziwną strzelaninę gitar. Jedynie przedostatni utwór może faktycznie w prostej linii kojarzyć się z twórczością Cohena (bo i z jego repertuaru pochodzi) i to chyba jedyny fragment płyty dla dam o pięknych uszach.
Czasem mam wrażenie, że muzycy bardzo cierpieli przy nagrywaniu tego materiału, a w szczególności wokalista, który czasem zawodzi jak zarzynana gadzina.
Słyszałem wiele podobnych grup, ale niewątpliwie Harvey Milk zasługuje na chwile uwagi, a i cały płytowy dorobek zespołu nie jest zbyt wielki więc życzę miłej podróży … koniecznie kalesony i coś na rozgrzewkę.
 

MORKOBOT – Morto
Supernatural Cat 2008

Już od dawna dla wielu Italia to nie tylko pizza, makaroniwesterny i boski Adriano, ale i też cycata posłanka no i cała niezależna scena, która ma się jak mniemam dobrze, no i coraz częściej dociera poza buta.
Na pewno niemała tu zasługa Zu, które poprzez swoje kolaboracje i masę koncertów sprawiło, iż we włoskim sosie coraz więcej ludków zaczęło szukać czegoś smakowitego dla własnego ucha.
Lin, Lan i Len, bo tak się zwą dwaj basiści i perkusista za pomocą niby skromnego instrumentarium (na video jednak widać, że poza nimi są całe walizki efektów) tworzą muzykę zapewne nieprzeznaczoną dla wszystkich. Wysłuchanie zaledwie trzech utworów z płyty wymaga drobnego przygotowania bębenków słuchacza. Miłośnicy postrocka i wszelakich eksperymentalnych przygód z hałasem, dronami i mrocznych klimatów nie będą się nudzić przez najbliższe czterdzieści minut.
Więcej wygenerowanych i skażonych przez trio dźwięków na ich blogu.
A tu jedyna i trafna recenzja, jaką czytałem na polskich stronach.
 

POLAR BEAR: ‘Peepers’
The Leaf Label 2010

To chyba czwarty album w dorobku angielskich grajków w dużej mierze znanych z Acoustic Ladyland, składu który przynajmniej jedną płytą (Last Chance Disco) na chwilkę przewrócił kierunek moich muzycznych poszukiwań. Lider i kompozytor większości utworów na "Peepers" kilkakrotnie przy okazji koncertów AL robił na mnie wrażenie nie tylko jako instrumentalista, ale i kamienna twarz w wielkiej chmurze włosów. Cieszy więc mnie dodatkowo, że w maju usłyszę ich na żywo.
Już od pierwszego kawałka Happy For You daje pokaz swojej zwięzłej "rąbaniny", która poza energią i agresją jest jednocześnie przemyślana i w kolejnych kawałkach udowadnia, że nie tylko walnąć, ale i pogłaskać swój zestaw potrafi. Zresztą gdyby tak nie było to by nie grał z Eno czy Herbim.
Nie wiem czy nie bardziej wiodącą postacią, tzn. bardziej wpływającą na klimat materiału nie jest również znany z AL Pete Wareham. To jego sax w końcu nadaje koloru, kształtu, ba niemal klubowego zapachu temu co wystuka kudłaty kolega.
Mistrzostwem świata na tym troche dłuższym niż godzina lekcyjna materiale są właśnie jego barytonowe dialogi z tenorowym Markiem Lockheartem.
Bardzo przyjemna płyta, nie tak odkrywcza jak wspominane Disco, ale wydaje się być bardzo uniwersalna i myślę, że pozostanie wśród tych płyt, do których się wraca.
A na marginesie Pink Freud i Peter Warhem odbył trasę po PRLu chyba w kwietniu 2009. Jeśli ktoś ma jakieś materiały (dźwiękowe oczywiście) z tego tourne to proszę o kontakt.
 

THE EX -  30
Ex Records, 2009

No i kolejny rok minął, a z nim przeleciało w chuj dźwięków …ów …i tych uw, co słuchali nasi sąsiedzi i czerwony krzyż
.
Niektóre wciąż leżą gdzieś zakopane pod woskowiną uszną, a część po prostu odleciała z łupieżem i ulotniła się jak poranny bąk z dupy.
Kurde przecież nie zrobiłem w końcu bloga, więc nie wiem, po co te odwracania kiszek do białości.
Bez strachu …. Żadnych podsumowań, bilansów itp., itd.
The Ex 30
Jak do tej pory w gramofonie zapodawałem tylko kolaborację holendrów z etiopskimi jazzmanami, która na żywca i z CD daje po bębękach i jak dla mnie wprowadza w błogi stan nieobecności w otaczającym nas syfie.
Nie da się wymazać młodzieńczych anarchopacyfistycznych fascynacji, które w trudnym wieku średnim powodują, że żona jest zazdrosna o coraz młodsze laski, no i zdziwienie znajomych, co taki pryk jak ja może robić na tych koncertach ze studentami i licealistami… (- kami oczywiście też) musze powiedzieć, że się świetnie bawię.
Wracając do płyty i The Ex … miałem nawet jechać na urodzinową imprezę do Amsterdamu, (gdzie był wernisaż naszej rodaczki fotograficzki >) no, ale …. Jka to zazwyczaj bywa zabrakło i czasu i zapału ………….

Jeśli mi powiesz, że nie słyszałeś The Ex to ja Tobie powiem, że chuja słyszałeś i wsadź głębiej koreczki ….Albo po prostu zacznij słuchać, co niestety nie będzie miało takiego efektu jak regularne obserwowanie ewolucji punkowego anarchistycznego kolektywu do niemal gwiazdy undergrondowej sceny.
Ja tam nie wiem, co to podziemie, chyba, że siedzę przy komputerze w swoim prywatnym przyziemiu i zamykam się niestety w mentalnym podziemiu własnej łysej pały. Bo od dłuższego czasu jakoś zupełnie nie rajcują mnie relacje społeczne.
Jestem ja,
muzyka, która mnie kręci i
…. rbota (fakt zapierdalam czasem jak niewolnik) ale ponoć to właśnie praca ma nas wyzwolić na co z utęsknieniem czekam.

Przychodząc na kolejny koncert Ex-ów usłyszałem, że po 29 latach SOK odszedł na emeryturę, czy po prostu nie mógł się dogadać z kolegami, którzy mniej radykalnie podchodzili do ideologicznego wydźwięku „piosenek” the Ex.
Nie wiem tego, ale słyszałem jego, zastepcę, który mimo młodego wieku zajebiście wpisuje się w klimat kapeli i koncertowo wypada bardzo pozytywnie.

Trzydzieści lat …. Znajomi zrobili mi na ta rocznicę GW gdzie wszystkie artykuły były jakoś powiązane z moja skromnie śmierdzącą osobą …. W sumie uważam iż takie wydawnictwa są żenujące i niepotrzebne, bo wariaci jak ja i tak pójda na kolejny koncert Exów czy posłuchają ich płyty, bądź będą śledzili co nowego robi Moor, czy Terrie Ex chyba najaktywniejszy z muzyków, który doskonale rekompensuje swoje warsztatowe braki efekciarskimi, ale przy tym super brzmiącymi experymentami.
Moor natomiast pojechał w nieco bardziej melancholijne i opieczętowane etykieta muzyki współczesnej czy impro klimaty, co na kilku płytach wypada bardzo przyjemnie.
Terrie to zupełnie inny rozdział.
Wiecznie uśmiechnięty holender …. To nie może wróżyć kolorowych snów.

Dla mnie to wydawnictwo jest jak lista przebojów ….
Ponieważ nie mogę obiektywnie ocenić tego składaka polecam do odsłuchu ….. jak się komuś nie podoba niech wali konia mordą, bo koniec świata na pewno nie nastąpi wcześniej niż całkowity rozpad The Ex.
a tu cos napisali ludkowie co sa bardziej elokwętni i wygadani w temacie > diapozon  popup

Dla mnie w dotychczasowej karierze zespołu najważniejsze albumy to
Jorgers & Smoggers
And the weatheman shrug their ....
Skrabbling At the Lock
Moa Anbessa no i oczywiście kilka kolaboracji głównie Terriego .... ale to zupełnie inny rozdział.
 

ORCHESTRE POLY-RYTHMO DE COTONOU- The Vodoun Effect
2008
Wspominając płytę Exów Moa Anbessa nie sposób pominąć tej pozycji.
Totalnie transowopunckowe, afro jazzowe granie.
Muzyka bardzo szczera i wynikająca ot tak z potrzeby grania, bo jak grasz nie czujesz że jesteś głodny, no i laski dają ci dupy za friko i utrzymujesz gatunek na wyschniętej i sponiewieranej przez wojny Europejczyków ziemi.
Cepelia?
Może, nie jestem znawcą, ale te dźwięki wydają mi się bardzo naturalne i powodują ocieplenie otoczenia, co na dzień dzisiejszy dobrze robi.
A co mnie najbardziej cieszy to to, że tylko mój sąsiad wie o czym goście śpiewają, a wszyscy znajomi lingwiści wymiekają ... jesteśmy równi ... pozostaje muzyka.
I właśnie o to chodzi .... nie słowo lecz muzyka nas zbawi więc słuchajmy i czekajmy na stygmaty.
Sekcje dęciaków i organy tego pana na H i cały klimat tej płyty powoduje, że nie jest to stracone troszkę ponad 75 minut.
 

 

                              

bagnet 2007-2011