Pierre Bastien jest francuskim muzykiem a chyba przede wszystkim kompozytorem i konstruktorem, który zbudował już kilka automatycznych orkiestr, używając do tego przedziwnych przedmiotów użytku codziennego jak i przerabiając instrumenty popularnie wykorzystywane do „grania muzyki”. Jak gdzieś wyczytałem pierwszy swój instrument skonstruował w wieku jedenastu lat, czyli tako francuski pomysłowy Dobromił.
Polskiej publiczności może być znany z tegorocznych (2009) występów na Avant Music Festival we Wrocławiu czy ze współpracy z Małymi Instrumentami na Świdnickiej również w Breslau.

PIERRE BASTIEN - Visions of Doing
Western Vinyl 2008

Zapuściłem tą płytę do spreparowanego własnoręcznie spagheti a la bagnetfrickhardcorcusine (dla smakoszy mogę przesłać przepis) i o dziwo goście to łyknęli bez bólu, a wręcz dźwięki tej nieziemskiej orkiestry spowodowały szybsze trawienie u konsumentów i miłe wspomnienia. Niestety daleko mi do kulinarnej perfekcji, więc klepnę może kilka słów o płycie Pierra, która na długi czas utkwiła mi w głowie jak lata temu serek Filadelfia w moich kubkach smakowych. Serka poszukiwałem latami w polskich sklepach, dzisiaj mi się już trochę przejadł, a inne płyty Bastiena dosyć szybko skonsumowałem dzięki mediatece i mam nadzieję, że szybko się nie znudzą moim uszom.
Płyta zdecydowanie dla lubiących podróże, a szczególnie dla tych turystów, którzy nie zawracają widząc znajome już krajobrazy. Przez niespełna czterdzieści minut leniwie pomykamy przez nieopisane w przewodnikach krainy spreparowane przy pomocy wynalazków Pierra. Rozpoczynający płytę utwór, nie tylko dzięki tytułowi, ale klimatem przywodzi mi na myśl wczesne filmy Jarmuscha (no chyba nie bez znaczenia jest fakt iż przynajmniej część z tych utworów to efekt współpracy muzyka z Karelem Doingiem, twórcą raczej awangardowych filmików) . Nieco smutna, melancholijna trąbka pomiędzy innymi instrumentami monotonnie zapętlonymi w prostą melodyjkę działa nieco rozleniwiająco, ale i kojąco dla starganej ciągłą gonitwą duszy. I tak się toczy powoli ta wędrówka, która zmienia się w podwodne poszukiwania dziewczyny z Surinamu, patent „trąbki nurka” powraca na innych płytach muzyka, co mi się nawet podoba.
Muzycznie nie ma tu zbyt dużo dynamiki, ale za to jest spory ładunek specyficznej energii i spokoju.

PIERRE BASTIEN - Pop
Rephlex 2005

Jak widać muzyka Bastiena musiała przypaść do gustu Aphex Twinowi skoro wydał tą płytę w swojej wytwórni, co prawda dla mnie nie ma to jakiegoś większego znaczenia, bo i sam AT słucha pewnie masę gówna, ale może zachęci to kogoś do przesłuchania Pop-u.
Pop oczywiście nie jest płytą elektroniczną, ale sam sposób jej tworzenia ma z nią sporo wspólnego. Wykorzystując sporą liczbę silniczków, wahadełek i innych przekładni, które odpowiednio połączone wydobywają dźwięki z akustycznych instrumentów, głównie rozmaitych bębenków i przeszkadzajek z Azji i Afryki
 

PIERRE BASTIEN, DOMINIQUE GRIMO - Rag-time Vol.2
In-Poly-Sons 2008

Awangardowe pieśni i piosenki zbudowane na nostalgicznych, historycznych piosenkach sentymentalnych i z wykorzystaniem ich oryginalnych dźwięków z bardzo starych płyt winylowych. Melancholijne namiętności wczesnych piosenek pop oraz jazzowych połamane poprzez awangardowe skręty, zabrudzenia, zajazdy budujące nowe napięcia i współczesne nowe opowiadania.
Pierre BASTIEN - microsillon, moog, voodoo vice, rabel, gramofon, microsillons , sonzd, trąbka, skrzypce, kornet, flet, harmonijka, fortepian, skrzypienie, sanza tchokwe
Dominique GRIMO - gramofon, microsillons, trąbka, autoharp, moog, ukelele, q-tron, mando-banjo”

Henryk Palczewski
Pięknie i przede wszystkim syntetycznie ujął człowiek co się na muzyce trochę zna i jak wielu innym i jemu zazdroszczę tej łatwości wypowiadania opinii o czymś tak ulotnym jak dźwięk i jego odczuwaniu. Pominąwszy wszelakie kwestie techniczne, Ragtime od pierwszych dźwięków mnie powalił, gdyż jestem sentymentalnym i wrażliwym na starocie stworem. Rzucony dodatkowo na frankofońską glebę, ciągle poszukuję tych pozytywnych i przyjemnych elementów tutejszej kultury by "normalnie" przeżyć rozłąkę z muzyka góralską i słowiańskimi klimatami (co prawda ich język cały czas jest dla mnie poważnym wyzwaniem)
Wymieszanie winyli z może nieco dadaistycznymi, ale zarazem bardzo nowoczesnymi dźwiękami powoduje, że ten melanż jest ziarenkiem do wyhodowania zupełnie nowej choroby, którą już chyba u siebie zdiagnozowałem …. Bastienofobia.
A przy okazji warto zwrócić uwagę na tytuły kompozycji … pozycja obowiązkowa dla każdego hipochondryka.

PIERRE BASTIEN - Boîte N°7
Éditions Cactus 2004

Na deser płyta złożona z jednej kompozycji, ale jak zwykle dżwiękowo wielowątkowej.
Popis orkiestry Bastiena (zilustrowany wkładką ze zdjęciami instrumentów zmontowanych min. z grzebieni, szczotek do zębów, kąbinerek, masy blaszek i silniczków, no i oczywiście trąbki i jakiś klawiszowych instrumentów dla dzieci.)

 

 


Słuchając czasem płyt Bastiena dziwię się jak to możliwe, że jeszcze nic nie zrobili razem z Jean-Pierre Jeunetem. Ich widzenie świata i wrażliwość, która pewnie się bierze też z kulturowego bagażu wydaje mi się bliska, i czasem słuchając płyt Pierrea mam przed oczyma migawki z Delikatesem czy Miasta zaginionych dzieci ……no i już wspominany Jarmusch.
Pęka mi głowa od obrazów i dźwięków, jak dobrze, że jutro poniedziałek - jadę wiercić i słuchać mustanga Atlas Copco.
 

GETATCHEW MEKURIA, THE EX & GUESTS - Moa Anbessa
 Terprecords 2006

Ponieważ jestem zagorzałym fanem Exów co bym nie napisał to obiektywne może do końca nie będzie. Nie przepuszczam okazji zaliczenia koncertów kwartetu od czasu ich występu w Mieście Krakof lata temu. Więc zacytuję fragmęt recęzji płyty z Diapozonu (*) autorstwa pana co się zwie Krzysztof Gregorczyk
"The Ex - "le collectif free-jazz punk et avant-impro ethno Néderlandais" - takiego określenia na ich muzykę użył francuski recenzent albo "avant-improv-punk band" jakiego użył inny, wyraźnie świadczą o trudnościach we wtłoczeniu ich muzyki do konkretnej szufladki, ale też o wielorakich inspiracjach tego zespołu. Zestawienie co najmniej dziwne. Wielki, również fizycznie, prawie 80-latek, jazzman z Etiopii (dla wielu brzmi to zapewne tak, jak "hokeista z Tahiti") i "szalony" zespół z Europy. A jednak nie ma tu żadnych szwów. Nie ma tak często widocznych w podobnych nagraniach sytuacji, a przykłady można mnożyć: teraz gramy my (jazzmani lub rockmani) - potem gość (solista, zespół) swoje, a potem znowu my."
Od siebie dodam iż był to zajebisty prezent dla słuchaczy amsterdamskich grajków w 25 rocznicę twórczych zmagań.
Kilka fotek z koncertu Mekurya i holenderskich przyjaciół, na którym byłem jakiś czas temu jest tam> szczęśliwie mało było czasu na pstrykanie bo muzyka nie pozwalała na utrzymanie aparatu w odpowiedniej pozycji by obraz był dostatecznie czytelny.

 
BEUKORKEST - Der Kleine Hausmeister
Munich Records 2008

Zupełnie improwizowana muzyka koncertowa. Towarzystwo spotyka się by trochę pobrzdąkać i wychodzi niezły kotlet z super sosem i do tego sałatka gratis (jak u 100nki mi się napisało).
Improwizacja nie jest zaklepana tylko i wyłącznie dla smutnych intelektualistów z wybujałym ego i dla słuchaczy mających się za tych, co nie miewają sraczki i swędzenia dupy, bo słuchają jazzu.
Może nie od samego początku i nie przez całą ponad godzinną płytę mam wrażenie, iż kolektyw orkiestrowy jest pod dosyć dużym wpływem The Ex skądinąd moich, młodzięczych, a nawet i teraźniejszych idoli niezależności i twórczej swobody i happeningu.
Z tego, co wyczytałem piętnastoosobowy big band spotkał się cztery dni przed nagraniem płyty, co i może czasem słychać, ale dla mnie pierwszym, co uderza w ich muzyce to jest niewątpliwa radość z jej grania, co bardzo cenię i sprawia, że takie płyty długo się słucha z przyjemnością.
W tym materiale jest miejsce na wiele emocji, ale tym, co przeważa jest szaleństwo wymieszane ze specyficznym poczuciem humoru i niewątpliwą promiennością życia.
Oby ta radość nam wszystkim się udzieliła.
Jak widnieje na discogs.com Alternative Rock, Garage Rock, Noise, Free Funk, Blues Rock, Avantgarde, Stoner Rock, IDM, Experimental, Space-Age, Funk, Hip Hop no i cokolwiek to wszystko znaczy to polecam dla odmóżdżeni i relaxu.
 
CHOOCHOOSHOESHOOT - Choose Your Own Romance
Kythibong 2008

Słuchając pierwszy raz tej płyty pomyślałem sobie ot kolejne postpunckowe popłuczyny. Jednak to chyba pierwszy dosyć prosty, przynoszący na myśl Jesus Lizard utwór spowodował, że odłożyłem ten krążek na kilka dni. Po kolejnym przesłuchaniu jednak odnalazłem w tych dość surowych kawałkach sporo na tyle odkręconych patentów, iż sprawiają, że są dla mojego ucha dzisiaj niemal dźwięcznie, że by nie powiedzieć piękne. Wspomnienie młodzięczych punkowych lat robi zapewne swoje, ale z drugiej strony grający tu Francuzi chyba mało mają wspólnego z moim burzliwym dojrzewaniem.
Myślę, że tak by mogło brzmieć No Mens No gdyby mieli w składzie Chrystelle, której „wokalizy” są zajebistym dopełnieniem dźwiękowych ścian gitar i nieco połamanej sekcji bas bębny.
To jest coś co na jakiś czas Bagnety lubią dla oczyszczenia ducha, ucha i ciała.
więcej tam >

 
IN THE COUNTRY - Whiteout
Rune Grammofon 2009

Norweska grupa, która właśnie wydała swój trzeci krążek jak dotąd była mi zupełnie nieznana, a szkoda, bo można przypuszczać, iż wcześniejsze dwie płyty były równie ciekawe.
Niby nie ma tu nic nadzwyczajnego … fortepian, kontrabas, perkusja.
A jednak ci niepozornie wyglądający goście tak zapełniają pięciolinię, że miło się tego słucha i ich muzyka staje się ukojeniem na koniec męczącego dnia ... opowiadane za pomocą tego nieskomplikowanego instrumentarium historyjki snują się wchłaniając mnie w jakiś inny, pozamiejski świat, ale niestety i potrafi być dla mojego ucha męcząca (na szczęście w niewielkich wycinkach jak w Ursa Major).
Niewątpliwie płyta dobra dla wszystkich, którzy ciągle mają nadzieję na świeżość w jazzie i melancholików, do których czasem i ja się zaliczam.
A u nas w kraju ciągle burdel, więc stawiam na Norwegów.

 

THE GENTLEMAN LOSERS - Dustland
 City Centre Offices 2009
 
Idealna muzyka na taką godzinę – 4:46
Rodzinna, melancholijna wyprawa w poszukiwaniu lepszego skrawka ziemi.
Za pomocą starych wynalazków elektronicznych i analogowych instrumentów Samu i Ville Kuukka tworzą totalnie melancholijne, wręcz psychodeliczne kompozycje, które cięgle mnie przekonują by odwiedzić fińską ziemię i osobiście poczuć klimat tej chyba jednak nam odległej kulturowo ziemi.
 Słuchając tej płyty ciągle mam wrażenie, iż została skomponowana do poważnego, wzruszającego filmu (często płaczę przy smutnych filmach totalnie mi się marszczy broda i łzawią oczy). Mogłaby to być męska wyprawa zakropiona wspomnieniami, gdy było się młodym, może nawet nie koniecznie pięknym, ale pełnym pomysłów i planów na życie.... no cóż dochodzi piąta pozostaje tylko przygnębienie i podziw dla barci którzy ciągle mają jednak pomysły przynajmniej na piękne dźwięki, bo życie pewnie mają przejebane jak każdy ....
 Płyta, do której można zawsze wrócić i w brew pozorną nie tylko, kiedy ma się „dołka”.
 
 Pisali o chłopakach jakiś czas temu w Gaz_etce

BELL ORCHESTRE - As Seen Through Windows
Arts & Crafts 2009

Bell Orchestre to grupa ludzi, których wcześniej można było słuchać w takich trupach jak Arcade Fire, The Luyas czy Snailhouse. Zespół powstał przy okazji przedsięwzięcia związanego z tańcem współczesnym, którego powodzenie zachęciło muzyków do dalszej pracy i jak można się przekonać słuchając tej płyty owocnej dalszej współpracy.
Przyjemne nutki przez niemal godzinę wprowadzają miły klimat melancholii przywodzącej mi na myśl samotne spacery po lesie. Nie te za poszukiwaniem grzybów czy czarnych jagód, które jak są zielone to są czerwone. Miła wycieczka gdzieś w głąb tajemniczych i pełnych zamglonych krajobrazów z ogromną przestrzenią pozwalająca na swobodne oddychanie bez zadyszki i specjalnych jakiś technik kontrolowania pobieranego tlenu do schorowanego i strutego codziennym życiem organizmu. Płyta wręcz terapeutyczna.
Gdzieś przeczytałem określanie, iż płyta jest w całości zagrana w sepii, z czym się zgadzam i właśnie w taki nastrój trochę nostalgiczno-wspomnieniowy i przywodzący młodzieńczą (tą romantyczną) przeszłość na myśl mnie przenosi. A to po czterdziestce jest musze przyznać bardzo miłe.
Najwspanialszy melanż postrockowej energii z popularnym współczesnym folkiem z dużą domieszką muzyki współczesnej ze słoiczkami, w których są przyprawy panów Pärta, (na którego zresztą członkowie zespołu wskazują jako inspiracje) i Nymana no i klimatyczna wszechobecną elektroniką, którą subtelnie wykorzystując można osiągnąć coś, co przybliża słuchacza do klimatu, jaki zapewne chciał nam stworzyć Pan.
Amen
 

JOHN ZORN - Filmworks XXIII: el General
Tzadik 2009

Rob Burger: piano, accordion
Greg Cohen: bass
Marc Ribot: electric guitar, acoustic guitar
Kenny Wollesen: bass marimba, vibraphone, drums
Skład zespołu, który zagrał zornowskie melodyjki jest sam w sobie rekomendacją, która stawia ten krążek wśród tych płyt, których nie posłuchać po prostu nie wypada.
Tytułowy generał to bohater dokumentu o meksykańskim prezydencie i rewolucjoniście (a właściwie w odwrotnej kolejności) o dosyć ortodoksyjnych i antykościelnych poglądach, co się zwał Plutarco Elias Calles. Niestety został zmuszony do emigrowania i nie udało mu się stworzyć drugiej Kuby, ale przez chwilę obowiązywała jego ustawa „o wolnym i socjalistycznym wychowaniu młodzieży”, której główne tezy brzmiały:
"Każde dziecko od piątego roku życia należy do państwa. Wszystko zło pochodzi od kleru. Bóg nie istnieje, religia jest mitem, biblia kłamstwem. Nie potrzebujemy uznawać żadnych "bożków", tj. ani rodziców, ani osób tak zwanych "godnych szacunku".
Z tego, co czytałem na temat tego filmu zapowiada się interesująco.

Muzyka nie będzie niczym nowym dla każdego, kto słuchał przynajmniej kilku z dosyć już dużej kolekcji muzyki filmowej Zorna, a jednocześnie dla śledzących jego dokonania (o ile jest to możliwe) miłą pauzą w odsłuchiwaniu kolejnych ksiąg Aniołów, chociaż chyba właśnie filmworksy w 2008 roku były w przewadze (4cd) na liście partytur Johna.
Proste i przyjemne melodyjki z niesamowitymi partyjkami Ribota przywodzącymi moim uszom jego Los Cubanos.
Ciężko wyodrębnić w tym zestawie coś, co szczególnie zachwyca, po prostu wyśmienicie zagrany groove jazz z zabarwieniem muzyką meksykańską.
 

LAND OF KUSH - Against the Day
Constellation Records 2009

Już sama nazwa zespołu co niektórych może zachęcić do przesłuchania płyty, której zawartość jak dla mnie jasno wskazuje, że banda Kanadyjczyków lubi zielone, a przede wszystkim całkiem ciekawie twórczo to wykorzystuje.
Grupa a raczej orkiestra licząca około trzydziestu muzyków jakieś trzy lata temu została powołana przez niejakiego Sama Shalabi, który po wieloletnich wędrówkach muzycznych, w których wolny od ograniczeń gatunkowych mieszał właściwie wszelkie style a od 2 połowy lat 2000 głównie z muzyką inspirowaną kulturą arabską (co słychać i w tym materiale) Poświęcił się komponowaniu muzyki dla większych zespołów, aż w końcu powstał Land Of Kush, który po niezbyt udanym debiucie na Montrealskim festiwalu zaszył się pewnie w zadymionym studio gdzie wytrwale pracowali … bez pracy nie ma kołaczy, jak mówi przysłowie,…
Against The Day to pięć utworów inspirowanych pięcioma rozdziałami książki o tym samym tytule, tajemniczego amerykańskiego pisarza Thomasa Pynchona, którego książki były również inspiracją dla grupy Vader …
Muzyka jak przystało na Sama jest wypadkową jego dotychczasowych gitarowych i kompozytorskich doświadczeń, a skoro odwołuje się do literackiego natchnienia sporo tu też narracyjnych zagrywek. Długie improwizowane solówki, instrumentalne dialogi i pyszne dopełnianie się poszczególnych sekcji orkiestry czyni partyturę czytelną i miłą dla ucha.
Materiał jest „wyciągnięty” z przedstawienia, które toczy się wokół wokali, a to już historia, która mnie przerasta by o niej coś napisać.
Więc pozostają dźwięki, klimaty, nastroje …. I głęboka noc, w której utknąłem może nie z doskonałą, ale przyjemną krainą zielonych liści.
 

OFFONOFF - Clash
Smalltown Superjazz 2008

Paal Nilssen-Love, Terrie Ex i Massimo Pupillo to faceci, których specjalnie przedstawiać nie trzeba.
Każdy z nich grywa w rozmaitych konfiguracjach wpędzając słuchaczy w często skrajnie odmienne doznania estetyczne i emocjonalne.
Jak na razie jedyna płyta OffOnOff to swego rodzaju wypadkowa dotychczasowych dokonań muzyków z naciskiem na te cięższe noisowe, połamane i bombardujące słuchacza klimaty.
Wydawać się może iż materiał jest nieskładną, kakofoniczną improwizacją mającą na celu ogłuszenie słuchacza a w konsekwencji spowodowanie u takowego kalectwa jednak moje, codziennie nadwerężane uszy, jak i inne organy (które niby za słuch odpowiedzialne nie są) odbierają to nieco inaczej.
Niezaprzeczalnie jest tu sporo miejsca na improwizację, ale każdy z pięciu zawartych na płycie utworów to ogromny lodołamacz wyposażony w potężną skrzynię biegów i bulajami, przez które widać nie tylko zmarzlinę. Jak każda taka maszyna po rozgrzaniu silnika ciężka jest do zatrzymania, a dźwięk jej motoru wprowadza w kojącoogłuszający trans.
W kilku notatkach, które spotkałem gdzieś na temat tej płyty czytałem o podobieństwach do Oxbow, last Exit, Don Caballero czy w końcu do Sonic Youth jak dla mnie nie są to może do końca trafne strzały, co tez nie znaczy iż OffOnOff stworzył coś rewolucyjnie nowego, dopływając swoim lodołamaczem do Panamy (ciekaw jestem czy ktoś załapie o co chodzi z tą geografią) chłopaki po prostu wykonali kawał dobrej roboty.

Byłem na koncercie tria ... aż miło było posłuchać młócącego Paalal, buczącego i zrzędzącego Massimo oraz znęcającego się nad swoją gitarą Terriego
 

ZU - Carboniferous
V0 (2009)

Idealna muza na przebudzenie po świątecznonoworocznym letargu.
Chłopaki zaprosili do Milano starych znajomych. I tak w dwóch utworach kolejnym ciężkim próbą poddaje swoje struny głosowe M.Patton i na gitarze pojawia się King Buzzo.
Generalnie bardzo ciężkie i smoliste dźwięki ostro przyprawione, przyprawami z tej wyższej półki.
Zaczyna się bardzo motorycznie jak w jakiejś dyskotece dla obłąkańców, ale im dalej się giba tym jest piękniej i kolorowej (czytaj więcej odcieni szarości)
No i jak stare przysłowie mówi wszystko dobre co się dobrze kończy, a tu zapada klimat jak po jakimś armagedonie ... no a może po prostu zeszła lawina z okładkowej góry ....
Bardzo cieszy fakt, że wszystkie dotychczasowe kolaboracje tria pchają ich ciągle do przody i słychać progres w tym co robią w słusznie obranej dla siebie drodze.
ONE DAY AS A LION - One Day As A Lion
 Anti-Compact
2008

W mojej muzycznej „edukacji” przeżyłem kilka szoków, które obróciły moje małżowiny uszne o 180 stopni, a jednym z nich była pierwsza płyta Rage Against The Machine, której do dzisiaj słucham z niekontrolowanymi drgawkami.
Po rozpadzie zespołu, chłopaki kręcili różne projekty, ale One Day As A Lion jest pierwszym, który przemawia do mnie i nawet mnie kreci, (chociaż jestem pełen obawy, że to dosyć szybko minie). Z pewnym opóźnieniem wygrzebałem tą Epkę, ale jakież było zadowolenie po wcześniejszych The Nightwatchman czy Audioslave ….
Kolaboracja Zacka i byłego perkusisty Mars Volta, Jona Theodore'a najlepiej wykurza woskowinę z moich, zgredziałych organów słuchowych.
Przyznaję, iż nie znam poprzednich dokonań Zacka z DJ Shadowem czy CIA z Krs One i Last Emperor, ale z tego, co czytałem to były odloty w inny socjalizm niż komuna z czasów RATM.
Pięć utworów i trochę ponad dwadzieścia minut bezkompromisowego grania dała mi o wiele więcej satysfakcji niż wysłuchanie kilku wcześniejszych płyt kolegów Zacka.
Oczywiście można się czepiać, że zapędy wokalne głównego bohatera tego mini wydawnictwa czasem są niemal żenujące, powinien pozostać przy dobrze rozpoznawalnym i do perfekcji wypracowanym wykrzykiwaniu czy jak kto woli rapowaniu swojego lewackiego gniewu i wstrętu do parszywego, gnijącego w kryzysie kapitalizmu, bo Perry Farrell'z niego raczej nie będzie.
No, ale za to jest kilka zajefajnych dialogów - bębny (respekt) z klawiszami … no i ogólnie jest głośno i przyjemnie.

jeszcze wyczytałem gdzieś w necie:
Nazwę zaczerpnęli z czarno-białej fotografii George'a Rodrigueza z 1970, na której widać było graffiti z napisem: "Lepiej jest żyć jeden dzień jako lew niż tysiąc lat jako owca".
I może właśnie dla tego od razu polubiłem ta kapelę.
Lepszy jeden dzień z One Day As A Lion niż pięć minut z Krawcyzkiem i nie myślę oczywiście o Jacku.
 

bagnet 2006-2010