|

 |
Pierre Bastien jest
francuskim muzykiem a chyba przede wszystkim kompozytorem i konstruktorem,
który zbudował już kilka automatycznych orkiestr, używając do tego
przedziwnych przedmiotów użytku codziennego jak i przerabiając instrumenty
popularnie wykorzystywane do „grania muzyki”. Jak gdzieś wyczytałem
pierwszy swój instrument skonstruował w wieku jedenastu lat, czyli tako
francuski pomysłowy Dobromił.
Polskiej publiczności może być znany z tegorocznych (2009) występów na
Avant Music Festival we Wrocławiu czy ze współpracy z Małymi Instrumentami
na Świdnickiej również w Breslau.
PIERRE
BASTIEN - Visions of Doing
Western
Vinyl 2008
Zapuściłem tą płytę do spreparowanego własnoręcznie spagheti a la
bagnetfrickhardcorcusine (dla smakoszy mogę przesłać przepis) i o dziwo
goście to łyknęli bez bólu, a wręcz dźwięki tej nieziemskiej orkiestry
spowodowały szybsze trawienie u konsumentów i miłe wspomnienia. Niestety
daleko mi do kulinarnej perfekcji, więc klepnę może kilka słów o płycie
Pierra, która na długi czas utkwiła mi w głowie jak lata temu serek
Filadelfia w moich kubkach smakowych. Serka poszukiwałem latami w polskich
sklepach, dzisiaj mi się już trochę przejadł, a inne płyty Bastiena dosyć
szybko skonsumowałem dzięki mediatece i mam nadzieję, że szybko się nie
znudzą moim uszom.
Płyta zdecydowanie dla lubiących podróże, a szczególnie dla tych turystów,
którzy nie zawracają widząc znajome już krajobrazy. Przez niespełna
czterdzieści minut leniwie pomykamy przez nieopisane w przewodnikach
krainy spreparowane przy pomocy wynalazków Pierra. Rozpoczynający płytę
utwór, nie tylko dzięki tytułowi, ale klimatem przywodzi mi na myśl
wczesne filmy Jarmuscha (no chyba nie bez znaczenia jest fakt iż
przynajmniej część z tych utworów to efekt współpracy muzyka z
Karelem Doingiem, twórcą raczej awangardowych filmików) . Nieco smutna,
melancholijna trąbka pomiędzy innymi instrumentami monotonnie zapętlonymi
w prostą melodyjkę działa nieco rozleniwiająco, ale i kojąco dla starganej
ciągłą gonitwą duszy. I tak się toczy powoli ta wędrówka, która zmienia
się w podwodne poszukiwania dziewczyny z Surinamu, patent „trąbki nurka”
powraca na innych płytach muzyka, co mi się nawet podoba.
Muzycznie nie ma tu zbyt dużo dynamiki, ale za to jest spory ładunek
specyficznej energii i spokoju.
PIERRE
BASTIEN -
Pop
Rephlex
2005
Jak widać muzyka
Bastiena musiała przypaść do gustu Aphex Twinowi skoro wydał tą płytę w
swojej wytwórni, co prawda dla mnie nie ma to jakiegoś większego
znaczenia, bo i sam AT słucha pewnie masę gówna, ale może zachęci to kogoś
do przesłuchania Pop-u.
Pop oczywiście nie jest płytą elektroniczną, ale sam sposób jej tworzenia
ma z nią sporo wspólnego. Wykorzystując sporą liczbę silniczków, wahadełek
i innych przekładni, które odpowiednio połączone wydobywają dźwięki z
akustycznych instrumentów, głównie rozmaitych bębenków i przeszkadzajek z
Azji i Afryki
PIERRE
BASTIEN, DOMINIQUE GRIMO - Rag-time Vol.2
In-Poly-Sons 2008
„Awangardowe pieśni
i piosenki zbudowane na nostalgicznych, historycznych piosenkach
sentymentalnych i z wykorzystaniem ich oryginalnych dźwięków z bardzo
starych płyt winylowych. Melancholijne namiętności wczesnych piosenek pop
oraz jazzowych połamane poprzez awangardowe skręty, zabrudzenia, zajazdy
budujące nowe napięcia i współczesne nowe opowiadania.
Pierre BASTIEN - microsillon, moog, voodoo vice, rabel, gramofon,
microsillons , sonzd, trąbka, skrzypce, kornet, flet, harmonijka,
fortepian, skrzypienie, sanza tchokwe
Dominique GRIMO - gramofon, microsillons, trąbka, autoharp, moog, ukelele,
q-tron, mando-banjo”
Henryk Palczewski
Pięknie i przede wszystkim syntetycznie ujął człowiek co się na muzyce
trochę zna i jak wielu innym i jemu zazdroszczę tej łatwości wypowiadania
opinii o czymś tak ulotnym jak dźwięk i jego odczuwaniu. Pominąwszy
wszelakie kwestie techniczne, Ragtime od pierwszych dźwięków mnie powalił,
gdyż jestem sentymentalnym i wrażliwym na starocie stworem. Rzucony
dodatkowo na frankofońską glebę, ciągle poszukuję tych pozytywnych i
przyjemnych elementów tutejszej kultury by "normalnie" przeżyć rozłąkę z
muzyka góralską i słowiańskimi klimatami (co prawda ich język cały czas
jest dla mnie poważnym wyzwaniem)
Wymieszanie winyli z może nieco dadaistycznymi, ale zarazem bardzo
nowoczesnymi dźwiękami powoduje, że ten melanż jest ziarenkiem do
wyhodowania zupełnie nowej choroby, którą już chyba u siebie
zdiagnozowałem …. Bastienofobia.
A przy okazji warto zwrócić uwagę na tytuły kompozycji … pozycja
obowiązkowa dla każdego hipochondryka.
PIERRE
BASTIEN - Boîte N°7
Éditions Cactus
2004
Na deser płyta złożona z jednej kompozycji, ale jak zwykle dżwiękowo
wielowątkowej.
Popis orkiestry Bastiena (zilustrowany wkładką ze zdjęciami instrumentów
zmontowanych min. z grzebieni, szczotek do zębów, kąbinerek, masy blaszek
i silniczków, no i oczywiście trąbki i jakiś klawiszowych instrumentów dla
dzieci.)
Słuchając czasem płyt
Bastiena dziwię się jak to możliwe, że jeszcze nic nie zrobili razem z
Jean-Pierre Jeunetem. Ich widzenie świata i wrażliwość, która pewnie się
bierze też z kulturowego bagażu wydaje mi się bliska, i czasem słuchając
płyt Pierrea mam przed oczyma migawki z Delikatesem czy Miasta zaginionych
dzieci ……no i już wspominany Jarmusch.
Pęka mi głowa od obrazów i dźwięków, jak dobrze, że jutro poniedziałek -
jadę wiercić i słuchać mustanga Atlas Copco.
|
GETATCHEW
MEKURIA, THE EX & GUESTS - Moa Anbessa
Terprecords 2006
Ponieważ jestem zagorzałym fanem Exów co bym nie napisał to
obiektywne może do końca nie będzie. Nie przepuszczam okazji zaliczenia
koncertów kwartetu od czasu ich występu w Mieście Krakof lata temu. Więc
zacytuję fragmęt recęzji płyty z Diapozonu
(*) autorstwa pana co się zwie Krzysztof Gregorczyk
"The Ex - "le collectif free-jazz punk et avant-impro ethno Néderlandais"
- takiego określenia na ich muzykę użył francuski recenzent albo "avant-improv-punk
band" jakiego użył inny, wyraźnie świadczą o trudnościach we wtłoczeniu
ich muzyki do konkretnej szufladki, ale też o wielorakich inspiracjach
tego zespołu. Zestawienie co najmniej dziwne. Wielki, również fizycznie,
prawie 80-latek, jazzman z Etiopii (dla wielu brzmi to zapewne tak, jak
"hokeista z Tahiti") i "szalony" zespół z Europy. A jednak nie ma tu
żadnych szwów. Nie ma tak często widocznych w podobnych nagraniach
sytuacji, a przykłady można mnożyć: teraz gramy my (jazzmani lub rockmani)
- potem gość (solista, zespół) swoje, a potem znowu my."
Od siebie dodam iż był to zajebisty prezent dla słuchaczy
amsterdamskich grajków w 25 rocznicę twórczych zmagań.
Kilka fotek z koncertu Mekurya i holenderskich przyjaciół, na
którym byłem jakiś czas temu jest
tam>
szczęśliwie mało było czasu na pstrykanie bo muzyka nie pozwalała na
utrzymanie aparatu w odpowiedniej pozycji by obraz był dostatecznie
czytelny.
|
BEUKORKEST
- Der Kleine Hausmeister
Munich Records 2008
Zupełnie improwizowana muzyka
koncertowa. Towarzystwo spotyka się by trochę pobrzdąkać i wychodzi niezły
kotlet z super sosem i do tego sałatka gratis (jak u 100nki mi się
napisało).
Improwizacja nie jest zaklepana tylko i wyłącznie dla smutnych
intelektualistów z wybujałym ego i dla słuchaczy mających się za tych, co
nie miewają sraczki i swędzenia dupy, bo słuchają jazzu.
Może nie od samego początku i nie przez całą ponad godzinną płytę mam
wrażenie, iż kolektyw orkiestrowy jest pod dosyć dużym wpływem The Ex
skądinąd moich, młodzięczych, a nawet i teraźniejszych idoli niezależności
i twórczej swobody i happeningu.
Z tego, co wyczytałem piętnastoosobowy big band spotkał się cztery dni
przed nagraniem płyty, co i może czasem słychać, ale dla mnie pierwszym,
co uderza w ich muzyce to jest niewątpliwa radość z jej grania, co bardzo
cenię i sprawia, że takie płyty długo się słucha z przyjemnością.
W tym materiale jest miejsce na wiele emocji, ale tym, co przeważa jest
szaleństwo wymieszane ze specyficznym poczuciem humoru i niewątpliwą
promiennością życia.
Oby ta radość nam wszystkim się udzieliła.
Jak widnieje na discogs.com Alternative Rock, Garage Rock, Noise, Free
Funk, Blues Rock, Avantgarde, Stoner Rock, IDM, Experimental, Space-Age,
Funk, Hip Hop no i cokolwiek to wszystko znaczy to polecam dla odmóżdżeni
i relaxu.
|
CHOOCHOOSHOESHOOT
- Choose Your Own Romance
Kythibong 2008
Słuchając pierwszy raz tej płyty pomyślałem sobie ot kolejne postpunckowe
popłuczyny. Jednak to chyba pierwszy dosyć prosty, przynoszący na myśl
Jesus Lizard utwór spowodował, że odłożyłem ten krążek na kilka dni. Po
kolejnym przesłuchaniu jednak odnalazłem w tych dość surowych kawałkach
sporo na tyle odkręconych patentów, iż sprawiają, że są dla mojego ucha
dzisiaj niemal dźwięcznie, że by nie powiedzieć piękne. Wspomnienie
młodzięczych punkowych lat robi zapewne swoje, ale z drugiej strony
grający tu Francuzi chyba mało mają wspólnego z moim burzliwym
dojrzewaniem.
Myślę, że tak by mogło brzmieć No Mens No gdyby mieli w składzie
Chrystelle, której „wokalizy” są zajebistym dopełnieniem dźwiękowych ścian
gitar i nieco połamanej sekcji bas bębny.
To jest coś co na jakiś czas Bagnety lubią dla oczyszczenia ducha, ucha i ciała.
więcej
tam >
|
IN
THE COUNTRY - Whiteout
Rune Grammofon 2009
Norweska grupa, która właśnie wydała swój trzeci krążek jak dotąd była mi
zupełnie nieznana, a szkoda, bo można przypuszczać, iż wcześniejsze dwie
płyty były równie ciekawe.
Niby nie ma tu nic nadzwyczajnego … fortepian, kontrabas, perkusja.
A jednak ci niepozornie wyglądający goście tak zapełniają pięciolinię, że
miło się tego słucha i ich muzyka staje się ukojeniem na koniec męczącego
dnia ... opowiadane za pomocą tego nieskomplikowanego instrumentarium
historyjki snują się wchłaniając mnie w jakiś inny, pozamiejski świat, ale
niestety i potrafi być dla mojego ucha męcząca (na szczęście w niewielkich
wycinkach jak w Ursa Major).
Niewątpliwie płyta dobra dla wszystkich, którzy ciągle mają nadzieję na
świeżość w jazzie i melancholików, do których czasem i ja się zaliczam.
A u nas w kraju ciągle burdel, więc stawiam na Norwegów.
|
|
THE
GENTLEMAN LOSERS - Dustland
City Centre Offices 2009
Idealna muzyka na taką godzinę – 4:46
Rodzinna, melancholijna wyprawa w poszukiwaniu lepszego skrawka ziemi.
Za pomocą starych wynalazków elektronicznych i analogowych instrumentów
Samu i Ville Kuukka tworzą totalnie melancholijne, wręcz psychodeliczne
kompozycje, które cięgle mnie przekonują by odwiedzić fińską ziemię i
osobiście poczuć klimat tej chyba jednak nam odległej kulturowo ziemi.
Słuchając tej płyty ciągle mam wrażenie, iż została skomponowana do
poważnego, wzruszającego filmu (często płaczę przy smutnych filmach
totalnie mi się marszczy broda i łzawią oczy). Mogłaby to być męska
wyprawa zakropiona wspomnieniami, gdy było się młodym, może nawet nie
koniecznie pięknym, ale pełnym pomysłów i planów na życie.... no cóż
dochodzi piąta pozostaje tylko przygnębienie i podziw dla barci którzy
ciągle mają jednak pomysły przynajmniej na piękne dźwięki, bo życie pewnie
mają przejebane jak każdy ....
Płyta, do której można zawsze wrócić i w brew pozorną nie tylko, kiedy ma
się „dołka”.
Pisali o chłopakach jakiś czas temu w
Gaz_etce |
|
BELL
ORCHESTRE - As Seen Through Windows
Arts & Crafts 2009
Bell Orchestre to grupa ludzi, których wcześniej można było słuchać w
takich trupach jak Arcade Fire, The Luyas czy Snailhouse. Zespół powstał
przy okazji przedsięwzięcia związanego z tańcem współczesnym, którego
powodzenie zachęciło muzyków do dalszej pracy i jak można się przekonać
słuchając tej płyty owocnej dalszej współpracy.
Przyjemne nutki przez niemal godzinę wprowadzają miły klimat melancholii
przywodzącej mi na myśl samotne spacery po lesie. Nie te za poszukiwaniem
grzybów czy czarnych jagód, które jak są zielone to są czerwone. Miła
wycieczka gdzieś w głąb tajemniczych i pełnych zamglonych krajobrazów z
ogromną przestrzenią pozwalająca na swobodne oddychanie bez zadyszki i
specjalnych jakiś technik kontrolowania pobieranego tlenu do schorowanego
i strutego codziennym życiem organizmu. Płyta wręcz terapeutyczna.
Gdzieś przeczytałem określanie, iż płyta jest w całości zagrana w sepii, z
czym się zgadzam i właśnie w taki nastrój trochę
nostalgiczno-wspomnieniowy i przywodzący młodzieńczą (tą romantyczną)
przeszłość na myśl mnie przenosi. A to po czterdziestce jest musze
przyznać bardzo miłe.
Najwspanialszy melanż postrockowej energii z popularnym współczesnym
folkiem z dużą domieszką muzyki współczesnej ze słoiczkami, w których są
przyprawy panów Pärta, (na którego zresztą członkowie zespołu wskazują
jako inspiracje) i Nymana no i klimatyczna wszechobecną elektroniką, którą
subtelnie wykorzystując można osiągnąć coś, co przybliża słuchacza do
klimatu, jaki zapewne chciał nam stworzyć Pan.
Amen
|
JOHN
ZORN - Filmworks XXIII: el General
Tzadik 2009Rob
Burger: piano, accordion
Greg Cohen: bass
Marc Ribot: electric guitar, acoustic guitar
Kenny Wollesen: bass marimba, vibraphone, drums
Skład zespołu, który zagrał zornowskie melodyjki jest sam w sobie
rekomendacją, która stawia ten krążek wśród tych płyt, których nie posłuchać
po prostu nie wypada.
Tytułowy generał to bohater dokumentu o meksykańskim prezydencie i
rewolucjoniście (a właściwie w odwrotnej kolejności) o dosyć
ortodoksyjnych i antykościelnych poglądach, co się zwał Plutarco Elias
Calles. Niestety został zmuszony do emigrowania i nie udało mu się
stworzyć drugiej Kuby, ale przez chwilę obowiązywała jego ustawa „o wolnym
i socjalistycznym wychowaniu młodzieży”, której główne tezy brzmiały:
"Każde dziecko od piątego roku życia należy do państwa. Wszystko zło
pochodzi od kleru. Bóg nie istnieje, religia jest mitem, biblia kłamstwem.
Nie potrzebujemy uznawać żadnych "bożków", tj. ani rodziców, ani osób tak
zwanych "godnych szacunku".
Z tego, co czytałem na temat tego filmu zapowiada się interesująco.
Muzyka nie będzie niczym
nowym dla każdego, kto słuchał przynajmniej kilku z dosyć już dużej
kolekcji muzyki filmowej Zorna, a jednocześnie dla śledzących jego
dokonania (o ile jest to możliwe) miłą pauzą w odsłuchiwaniu kolejnych
ksiąg Aniołów, chociaż chyba właśnie filmworksy w 2008 roku były w
przewadze (4cd) na liście partytur Johna.
Proste i przyjemne melodyjki z niesamowitymi partyjkami Ribota
przywodzącymi moim uszom jego Los Cubanos.
Ciężko wyodrębnić w tym zestawie coś, co szczególnie zachwyca, po prostu
wyśmienicie zagrany groove jazz z zabarwieniem muzyką meksykańską.
|
LAND
OF KUSH - Against the Day
Constellation Records 2009
Już sama nazwa zespołu co
niektórych może zachęcić do przesłuchania płyty, której zawartość jak dla
mnie jasno wskazuje, że banda Kanadyjczyków lubi zielone, a przede
wszystkim całkiem ciekawie twórczo to wykorzystuje.
Grupa a raczej orkiestra licząca około trzydziestu muzyków jakieś trzy
lata temu została powołana przez niejakiego Sama Shalabi, który po
wieloletnich wędrówkach muzycznych, w których wolny od ograniczeń
gatunkowych mieszał właściwie wszelkie style a od 2 połowy lat 2000
głównie z muzyką inspirowaną kulturą arabską (co słychać i w tym
materiale) Poświęcił się komponowaniu muzyki dla większych zespołów, aż w
końcu powstał Land Of Kush, który po niezbyt udanym debiucie na
Montrealskim festiwalu zaszył się pewnie w zadymionym studio gdzie
wytrwale pracowali … bez pracy nie ma kołaczy, jak mówi przysłowie,…
Against The Day to pięć utworów inspirowanych pięcioma rozdziałami książki
o tym samym tytule, tajemniczego amerykańskiego pisarza Thomasa Pynchona,
którego książki były również inspiracją dla grupy Vader …
Muzyka jak przystało na Sama jest wypadkową jego dotychczasowych
gitarowych i kompozytorskich doświadczeń, a skoro odwołuje się do
literackiego natchnienia sporo tu też narracyjnych zagrywek. Długie
improwizowane solówki, instrumentalne dialogi i pyszne dopełnianie się
poszczególnych sekcji orkiestry czyni partyturę czytelną i miłą dla ucha.
Materiał jest „wyciągnięty” z przedstawienia, które toczy się wokół
wokali, a to już historia, która mnie przerasta by o niej coś napisać.
Więc pozostają dźwięki, klimaty, nastroje …. I głęboka noc, w której
utknąłem może nie z doskonałą, ale przyjemną krainą zielonych liści.
|
OFFONOFF
- Clash
Smalltown Superjazz 2008
Paal Nilssen-Love, Terrie Ex i Massimo Pupillo to faceci, których
specjalnie przedstawiać nie trzeba.
Każdy z nich grywa w rozmaitych konfiguracjach wpędzając słuchaczy w
często skrajnie odmienne doznania estetyczne i emocjonalne.
Jak na razie jedyna płyta OffOnOff to swego rodzaju wypadkowa
dotychczasowych dokonań muzyków z naciskiem na te cięższe noisowe,
połamane i bombardujące słuchacza klimaty.
Wydawać się może iż materiał jest nieskładną, kakofoniczną improwizacją
mającą na celu ogłuszenie słuchacza a w konsekwencji spowodowanie u
takowego kalectwa jednak moje, codziennie nadwerężane uszy, jak i inne
organy (które niby za słuch odpowiedzialne nie są) odbierają to nieco
inaczej.
Niezaprzeczalnie jest tu sporo miejsca na improwizację, ale każdy z pięciu
zawartych na płycie utworów to ogromny lodołamacz wyposażony w potężną
skrzynię biegów i bulajami, przez które widać nie tylko zmarzlinę. Jak
każda taka maszyna po rozgrzaniu silnika ciężka jest do zatrzymania, a
dźwięk jej motoru wprowadza w kojącoogłuszający trans.
W kilku notatkach, które spotkałem gdzieś na temat tej płyty czytałem o
podobieństwach do Oxbow, last Exit, Don Caballero czy w końcu do Sonic
Youth jak dla mnie nie są to może do końca trafne strzały, co tez nie
znaczy iż OffOnOff stworzył coś rewolucyjnie nowego, dopływając swoim
lodołamaczem do Panamy (ciekaw jestem czy ktoś załapie o co chodzi z tą
geografią) chłopaki po prostu wykonali kawał dobrej roboty.
Byłem na koncercie tria ...
aż miło było posłuchać młócącego Paalal, buczącego i zrzędzącego Massimo
oraz znęcającego się nad swoją gitarą Terriego
|
ZU
- Carboniferous
V0 (2009)
Idealna muza na przebudzenie po świątecznonoworocznym letargu.
Chłopaki zaprosili do Milano starych znajomych. I tak w dwóch utworach
kolejnym ciężkim próbą poddaje swoje struny głosowe M.Patton i na gitarze
pojawia się King Buzzo.
Generalnie bardzo ciężkie i smoliste dźwięki ostro przyprawione,
przyprawami z tej wyższej półki.
Zaczyna się bardzo motorycznie jak w jakiejś dyskotece dla obłąkańców, ale
im dalej się giba tym jest piękniej i kolorowej (czytaj więcej odcieni
szarości)
No i jak stare przysłowie mówi wszystko dobre co się dobrze kończy, a tu
zapada klimat jak po jakimś armagedonie ... no a może po prostu zeszła
lawina z okładkowej góry ....
Bardzo cieszy fakt, że wszystkie dotychczasowe kolaboracje tria pchają ich
ciągle do przody i słychać progres w tym co robią w słusznie obranej dla
siebie drodze. |
ONE
DAY AS A LION - One Day As A Lion
Anti-Compact
2008W mojej
muzycznej „edukacji” przeżyłem kilka szoków, które obróciły moje małżowiny
uszne o 180 stopni, a jednym z nich była pierwsza płyta Rage Against The
Machine, której do dzisiaj słucham z niekontrolowanymi drgawkami.
Po rozpadzie zespołu, chłopaki kręcili różne projekty, ale One Day As A
Lion jest pierwszym, który przemawia do mnie i nawet mnie kreci, (chociaż
jestem pełen obawy, że to dosyć szybko minie). Z pewnym opóźnieniem
wygrzebałem tą Epkę, ale jakież było zadowolenie po wcześniejszych The
Nightwatchman czy Audioslave ….
Kolaboracja Zacka i byłego perkusisty Mars Volta, Jona Theodore'a
najlepiej wykurza woskowinę z moich, zgredziałych organów słuchowych.
Przyznaję, iż nie znam poprzednich dokonań Zacka z DJ Shadowem czy CIA z
Krs One i Last Emperor, ale z tego, co czytałem to były odloty w inny
socjalizm niż komuna z czasów RATM.
Pięć utworów i trochę ponad dwadzieścia minut bezkompromisowego grania
dała mi o wiele więcej satysfakcji niż wysłuchanie kilku wcześniejszych
płyt kolegów Zacka.
Oczywiście można się czepiać, że zapędy wokalne głównego bohatera tego
mini wydawnictwa czasem są niemal żenujące, powinien pozostać przy dobrze
rozpoznawalnym i do perfekcji wypracowanym wykrzykiwaniu czy jak kto woli
rapowaniu swojego lewackiego gniewu i wstrętu do parszywego, gnijącego w
kryzysie kapitalizmu, bo Perry Farrell'z niego raczej nie będzie.
No, ale za to jest kilka zajefajnych dialogów - bębny (respekt) z
klawiszami … no i ogólnie jest głośno i przyjemnie.
jeszcze wyczytałem gdzieś w necie:
Nazwę zaczerpnęli z czarno-białej fotografii George'a Rodrigueza z 1970,
na której widać było graffiti z napisem: "Lepiej jest żyć jeden dzień jako
lew niż tysiąc lat jako owca".
I może właśnie dla tego od razu polubiłem ta kapelę.
Lepszy jeden dzień z One Day As A Lion niż pięć minut z Krawcyzkiem i nie
myślę oczywiście o Jacku.
|