AVELLANEDA - Skyphone
Rune Grammofon (2008)

Idealna muzyka na dzień drugi.

Od jakiegoś czasu łykam wszystkie produkty RGrammofon i jakoś nigdy się specjalnie nie zawiodłem.
Duńskie trio może nie jest rewolucyjnym odkryciem bo słychać tu Sigur Ros, ale o tym w przyszłym roku.
Teraz słuchajcie z browarkiem, mineralną i myślach o lepszym nowym roku

 
LE SINGE BLANC - Baï Ho
Whosbrain Records 2008

Albinoskie trio już przedstawiałem w ubiegłym roku w gramofonie. Jak dla mnie pozostają w dalszym ciągu jednym z ciekawszych zjawisk francuskiej sceny muzycznej, którą dane mi było w skromnym wymiarze poznać.
Dwa basy i bębny no i wokalizy (wcale nie blondyna) ciągle niosą tyle energii co niejedna elektrownia. Widzę, że nieustannie dopracowywany indywidualny język zespołu rozwija się i czekam na ukazanie się słownika białomałpianej mowy na polski, bo myślę, iż Oni rozumieją naszą skoro zareagowali na moje kilka liter na ich temat.
Muzycznie zespół nie zaskakuje niczym nowym, pozostając przy połamanych strukturach rytmicznych, dysonansowych i ostrych riffach.
Przy pierwszym słuchaniu płyty czułem się jak kaskader, albo Pinokio tuż po metamorfozie w chińskim barze karaoke wypełnionym zmutowanym drum’n’bassem i corfunky (i te odczucia pokrywają się z tym co napisał niejaki Larry Stokrade).
Wydawnictwo rozszerzone o DVD dokumentujące chińską trasę Le Singe Blanc (ciekawy dokument) i zbiór kilku teledysków.
PS.
W ostatnim utworze jest długa cisza. Tak ma być i pewnie dla wielu będzie to najciekawszy fragment płyty. Bo nie jest to płyta dla mięczaków, raczej dla tych, którzy wolą zadyszkę od równomiernego, zdrowego oddechu. A dla mnie?
Mi się podoba i długo nieustannie do niej wracałem przez ostatni miesiąc i powrócę zapewne organizując sobie w toalecie sylwestrową potańcówkę. W WC, w którym wisi zdjęcie z dedykacją od Larsa, Stephena i Borysa zmutowanych francuskich białych małp.
PS. 2
Już w lutym pewnie zamieszczę fotki z koncertu tria w Bx
 
Oryginal Silence - The Second Original Silence
Smalltown Superjazz 2008

Thurston Moore (Sonic Youth) Terrie Ex (The Ex) Jim O`Rourke, Mats Gustafsson (The Thing) Paal Nilssen-Love (The Thing, Atomic) Massimo Pupillo (Zu) i to w zasadzie powinno wystarczyć jako rekomendacja do tego nieco przykrótkiego zapisu dwóch koncertów grupy z Barcelony i Rzymu w 2005 roku.
W stu procentach improwizowany free rock z corowym wykopem i przestrzeniami wypełnionymi elektronicznogitarowym noisem z domieszką paraliżującego saxu i salwami Nilssena.
Pozornie chaotyczny materiał składa się jednak w barwną kompozycję, w którą niby tak różni muzycy (przynajmniej wywodzący się z innych tradycji i twórczych doświadczeń – tu niejako ich spoiwem są dwaj skandynawowie) wplatają mozolnie tkane nitki, z których wyszedł całkiem ciekawy gobelin by nie rzec arras.
Konsekwentnie drużyna mknie do przodu i imponująco rozwijają wizję swojej ciszy, która w porównaniu do ubiegłorocznej jedynki wydaje się być barwniejsza i mniej jazgotliwa (o ile to jest możliwe)
 
JOHN ZORN -The Dreamers
Tzadik 2008

Powoli kończący się weekend w zasadzie w całości muzycznie upłynął pod znakiem Tadzik ci w ucho. Po serii kilku nowych pozycji z cyklu Radical Jewish Culture, dwuch płyt kompozytorów, no i oczywiście ostatnich filmówek przyszedł czas na tegoroczny powrót Zorna do projektu z przed kilku lat pod tytułem „The Gift”.
I słucham marzycieli, doskonale znanych muzyków, z którymi Zorn popełnił wiele może ciekawszych płyt, ale ta ma coś w sobie co powoduje, że chętnie jej słucham kolejny raz.
Materiał zdecydowanie lekki i przyjemny, który zaciera jakby granice pomiędzy zaklasyfikowaniem kompozytora do niby zupełnie odległych od siebie szufladek z muzyką popularną a awangardą cokolwiek to słowo oznacza.
Sam Zorn niewiele dmucha na tej płycie, ale daje popis w utworze o zabawkach raczej nie dla najmłodszych pociech, gdzie całkiem niewąsko gra na swoim saksie, obok popisów Jamiego Safta na klawiszach i Kenny Wollesena stukającego w wibrafon. Piąty właśnie kawałek może najbardziej mi przywodzi na myśl krążek z przed chyba ośmiu lat, na którym trochę więcej było słychać samego Zorna.
Obok już wymienionych na płycie grają jeszcze Trevor Dunn (bas), Joey Baron (perkusja) i Cyro Baptista (instrumenty perkusyjne) no i oczywiście Marc Ribot (gitara).
Nie była by to tak różnorodna płyta, gdyby nie ostatni wymieniony muzyk, wielki Robot, którego dotknięcie strun jest rozpoznawalne mimo tak rozmaitych klimatów w jakich się przemieszcza Marc. Może właśnie bardziej na tej płycie jest kilka fragmentów, które mogą przywodzić na myśl gitarowe wojaże naszych rodzimych wirtuozów tego instrumentu z lat osiemdziesiątych czy pażyciela Santany, ale w kontekście pięćdziesięciu minut odbieram to jako kolejną teleportację w wyimaginowane światy Zorna i jego grających kumpli.
Oczywiście nie ma nic dziwnego w tym iż czuje się tu klezmerską nutkę, ale zapewne to nie koszerne danie. To bardziej przypomina bigos, albo risotto w moim wykonaniu (kto nie jadł niech żałuje) potrawa z nutką melancholii, tajemnicy, chwilami ostro-gorzka, czasem kwaśno-słodka.
Na deser cytat z recenzji niejakiego Cezarego Gumińskiego:
”To sztuka skomponować proste, chwytliwe acz niebanalne melodyjki i zaprezentować je w zwiewnej formie, gdy na co dzień burzy się zastane struktury. W tych flirtach z muzyką rozrywkową gdzieś w tle drzemie chochlik i podrzuca raz po raz jakieś rozbrykane nutki, szmery, zgrzyty, a to wszystko razem jest urocze i prosi się słuchać jeszcze raz.”
 
 
FRED FRITH - To Sail, To Sail
Tzadik 2008

Świat chyba na prawdę wywrócił się do góry nogami.
Sam już nie wiem czy tylko w pracy stąpam po błocie i gdzie poza placem wiercenia można się pośliznąć.
Widzę dosyć ciekawą okładkę … oszczędną ale i (jak dla mnie) intrygującą … czytam Fred Frith. Odwracam i cóż się okazuje tzadzik. Wrzucam do grajnika i co pierwsze słyszę ….cuntry music ….
Szczęśliwie trafiło to na piątek i mam więcej czasu do posłuchania, nie w samochodzie czy w biegu między zakupami a kupą.
Doskonała płyta.
Frith akustycznie przemierza w zasadzie chyba wszystkie rejony muzyki gdzie była wykorzystywana gitara i nie tylko. Czasem wydaje się iż nie jest możliwe, że zagrał to jeden gość, ale tak jest.
Zbudowane za pomocą gitarowych dopalaczy efekty przenoszą słuchacza w zupełnie nowy wymiar .... baśń braci Wachowskich jest jak jogurt na śniadanie.
Po pierwszym zniesmaczającym akordzie pomyślałem zima…a teraz myślę nirwana ….
Czyli jesteśmy w domu. Wielcy muzycy pozostają wielcy, a ich dźwięki powodują sraczkę, ślinotok i dalsze oczekiwanie na nocniku kolejnej płyty.
Dzięki Fred.
 
filmy których nie widziałem, ale słyszałem
John Zorn - Filmworks
Tytułem wstępu chciałem rzucić jedno zdanie.
Jakoś nigdy mnie specjalnie mie ciągnęło do słuchania muzyki filmowej, bo to jakby oglądanie filmu bez dźwięku. Oczywiście są wyjątki gdzie muzyka żyje nawet bez obrazu, ba czasem nawet można sobie za pomocą tych nut namalować w głowie nową scenografię, a co mocniejsi wyobrazić sobie fabułę pomiędzy prawym a lewym kanałem. Nie wielu jednak jest takich kompozytorów, by ich partytury broniły się po za kinem. Niewątpliwie jednym z nich jest Jon Zorn, którego seria prac filmowych rozrosła się w tym roku o kolejne dwie płyty. A na marginesie muszę powiedzieć, że właśnie ten cykl jest moim ulubionym w twórczości tego niezwykle płodnego artysty, który oprócz pięknych dzieł ma w swoim dorobku i sporo pierdów z dupy, ale za to z doskonałym znakiem jakości i tylko za szesnaście dolców.
No i zamiast zdania znowu coś zabełkotałem
John Zorn - Filmworks XX: Sholem Aleichem
Tzadik 2008
Płyta nie niosąca nic nowego dla tych, którzy znają dorobek Zorna. Świadczy o tym już nawet sam skaład muzyków Mark Feldman, Erik Friedlander, Greg Cohen czyli Masada String Trio, Rob Burger: akoredon no i po raz pierwszy u Zorna - Carol Emanuel, grająca na harfie.
Wymieniona na ostatnim miejscu harfistka jednak zasługuje na nominację, bo dzięki dźwiękom jej instrumentu płyta nabrała nieco odmiennego klimatu od dokonań Masady.
Filmu nie widziałem, ale wiadomo komu jest poświęcony i co prawda ni jak nie mogę na podstawie tego materiału wyobrazić sobie skrzypka na dachu, to przez cały czas doskonale się relaksuję i po prostu płyta wprowadza mnie w błogi stan sielsko-anielski co czasem dobrze robi po żołądkowych dolegliwościach koszernego żarcia, a przede wszystkim nie picia.
Klezmersko fajowsko skonstruowany materiał, czasem zabawny, chwilami liryczny, ale bez wątpienia doskonale zagrany. Akordeon Roba jest zajebisty (ciekaw jestem co na ten temat by powiedziała pani prof. Oliveros?)
John Zorn - Filmworks XXI Belle de Nature
Tzadik 2008
Nieco inna jest to płyta od dwudziestki.
Nieco to nawet mało powiedziane.
Pod pięknymi piersiami rudowłosej albinoski z motylkiem na okładce kryją się dźwięki do dwóch filmów i to zupełnie różnych tematycznie i gatunkowo.
Przez godzinę można posłuchać muzyki oddającej klimaty erotycznych uniesień i zaraz po tym wejść w świat muzealnych sal pełnych wielkich dzieł.
Jest jednak coś co łączy te dwa światy … wydawało by się iż perwersja nie zupełnie pasuje do wielkich muzeów, ale to nie dotyczy widocznie Holandii.
Dla mnie bardziej odjechane na tej płycie są właśnie partie klawesynowe niż gitary Riobota, który wielkim gitarzystą jest ale jak dla mnie nie popisał się przy, że tak ordynarnie powiem waleniu konia.
Jak już ktoś napisał trzy zapałki były nawet w PRLu, tylko do zapałek nie było skretów, a tych nie może zabraknąć przy słuchaniu tej ... i wielu płyt Jaśka ...
czadzik z wami...
i kominiarki bo zima z achmeryki idzie.
 
CLOUDLAND CANYON - Silver Tongued Sisyphus
Kranky 2007

Jak pierwszy raz przesłuchałem tej płyty stwierdziłem, że górale z Kranky schodzą na niziny. Szczęśliwie płyta pozostała w samochodzie i miałem kolejne okazje do jej przesłuchania i okazało się że szczególnie druga część tej EPki jest naprawdę ciekawa i może umilić kolejne skwaszone wieczory.
Post-krautrock? Post-rock? Czy może po prostu Syzyfowe pióro? Tylko skąd to srebro?
Produkcja jak z netlabela. Dwóch pacjentów (kilka osób, którym dziękują oprócz Boga, bo to jest jasne, że bez jego iskry by nic nie było a szczególnie w show made in USA) którzy jak by byli zupełnie z innych beczek, bo z tego co wyczytałem to Niemiec i Amerykanin, oboje z korzeniami hardcorowo-punckowymi przeplatanymi jakąś psychodelią … a tu bardzo stonowana, klimatyczna ba powiedzieć post-rockowa muza to za mocne określenie.

Jest taki moment na tej płycie przywodzący mi na myśl moich idoli z germańskiej sceny „alternatywnej” (muzyki jaką wykonywali kilkanaście lat temu słucham na co dzień w pracy tylko na żywo-to jest stwierdzenie mojej małżonki) czyli Einstürzende Neubauten. Nie jestem w stanie uargumentować moich skojarzeń, ale chyba bardziej wynikają one z języka i może nieco z barwy głosu wokalisty, który miewa maniery śpiewania jak Blixa (?).
Chwilami wydaje się to wszystko doskonale wyliczone, ale pomimo że całe moje życie jest improwizacją to do mnie trafia i sprawia że mam w końcu w dupie ten swój głaz do popchnięcia i lecę jak to srebrne piórko ………….
 
REVEREND BEAT-MAN AND THE CHURCH OF HERPES
"Your Favorite Position Is On Your Knees"
Voodoo Rhythm Rekordy 2006

Już sama nazwa zespołu towarzyszącego skądinąd nie znanego mi wcześniej Wielebnego skłoniła mnie by zapoznać się z zawartością krążka, który jednak nie powalił mnie na kolana jak mógłby sugerować tytuł płyty. No cóż ale wiadomo to są tylko nazwy i słowa, a co kryje się za zerami i jedynkami?
 Dawno nie słyszałem tak chorej, ale jednocześnie ładnej muzyki.
 Odradzam słuchanie tym, którzy poszukują ładnych piosenek, melodyjek czy dźwięków do zrelaksowania duszy i ciała. Chociaż nie brakuje w kościele Beat-Mana ambientowych, nieco zadumanych fraz, które pozwalają nieco odpocząć od kazania w tym niespełna czterdziestominutowym nabożeństwie, które jest melanżem rock&rolla, eksperymentalnej elektroniki czy industrialu z muzyką niemal sakralną czy folkiem w tym współczesnym znaczeniu. Świątynię opryszków wypełnia śpiew (? a raczej skowyt) pana o miłej aparycji ale posiadającego głos jak głośnik o dużej mocy z popsutymi membranami.
 W połowie (5) mszy gospel inaczej dołącza się na trochę ponad sześćdziesiąt sekund wiecznie żywy Elvis w nieśmiertelnych niebieskich butach i to jedna z moich ulubionych piosenek, obok przepowiadającej rychłą śmierć szóstki, która zaskakuje melodyjnością i rozbraja mnie w kontekście całej płyty dźwięk dzwonków na łące, to pewnie nagranie gdzieś z szwajcarskiego raju, gdzie wysoko w chmurach pasą się owieczki Wielebnego, a świstak zawija ....
 Po przesłuchaniu płyty można odnaleźć tu klimaty już kiedyś słyszane, po wysłuchaniu na kolanach cd nabiera innych wymiarów
i nie ważne czy to odkrywcze, nowatorskie po prostu działa i w tych nastrojach eucharystię bym mógł przyjmować codziennie mimo że bolą kończyny i czasem uszy...
Amen
 
PSYCHIC ILLS “Dins”
The Social Registry, 2005

Wsiadam do wehikułu czasu i mknę wstecz .... bo gdzie może podążać czterdziestolatek?
Odnajduje ciągle nowe dźwięki w klimatach postrockowych czy jak je tam zwać … generalnie ciągle odnajduję te płyty, których nie udało mi się wysłuchać wcześniej.
Psychic Ills należy do jednych z tych archeologicznych odkryć wschodzącej jesieni.
Te osiem „piosenek” nie odkrywają nic nowego muzycznie, ale dają sporą dawkę nowych emocji i poczucia, że jednak stąpam po ziemi, przemijam i nie tylko mi jest smutno. A to ostatnie bardzo cieszy i powoduje że piwo lepiej smakuje a muzyka sprawia więcej satysfakcji, bo zaczynam jej słuchać nie tylko uszami ale i całym sobą, który już wie że jest ulotny i coraz mniej czasu na wysłuchanie ….. nie dopowiem bo to nie ta płyta … jeszcze..
Trochę irytujący wokal, który przywodzi na myśl całą garść pieśniarzy na szczęście jest dosyć dyskretny i mało eksponowany.
Pschydodeliczne jazdy pacjentów z NY doskonale działają na moją (chyba) lewą (tu nie jestem pewien czy ona jeszcze działa?) półkulę mózgową co sprawia, że czuję się błogo dobrze i nawet mam poczucie iż nie wszystko jest stracone.
KUR… JA JEDNAK ŻYJĘ mało tego ….lecę z dźwiękami nowojorczyków ściskając butlę piwka i zerkam jaki ten świat w sumie jest piękny z lotu ptaka.
No a co z moim ptakiem?
Wracam do bluesa i do r@r
 
DEAD RAVEN CHOIR - My Firstborn Will Surely Be Blind
Aurora Borealis, 2007

Konsekwentnie po Wielebnym Kościoła Opryszków, poszukuję dalej świątyni, w której doznam olśnienia. Przejrzę i zobaczę, że jednak warto pozostać na tym padole i dalej kochać to kurewskie życie.
W tych swoistych drogach krzyżowych natrafiłem na niejakiego Smolkena, zamieszkałego w Teksasie rodaka (na marginesie- wyczytałem iż pochodzi z Krakowa, który jego rodzina musiała opuścić ze względów politycznych pod koniec lat osiemdziesiątych) , który w nieco specyficzny sposób tworzy muzykę ogólnie nazywaną black metalem, ale to niepowtarzalna, nieco przerdzewiała czarnometalowa muza na kontrabas i gitarę basową. Nie ma to nic wspólnego z gwiazdorami zarzucającymi piórami przy smyczkach typu Apoplektica (czy jak im tam jest), to jest prawdziwy undergrund metal blues.
Dziesięć kawałków to covery piosenek folk i country nagranych w proradzieckich bunkrach gdzieś w PRLu na sprzęcie z lat siedemdziesiątych, co niestety słychać, a przy odrobinie techniki brzmiało by to zapewne jeszcze bardziej powalająco.
Dark neofolk jak mawiają spece w 100%.
Ja po prostu czuje w tym uczciwość i zaangażowanie gościa, co doceniam i im dłużej słucham tej płyty znajduje tu klimaty nie tych którzy pierwsi grali te kawałki, ale zapewne odległych im bardów jak Diamanda, Cave po ostrej imprezie z Blixą, a nawet czasem mogę sobie wyobrazić imprezójącego Waitsa z Bifhartem, zachlewajacych się winem mszalnym i wołających do latających nad nimi ptaków by nie srały na gitary, które jak mgła przemykaja czasem w tym spektaklu np.5 przywodząc mi na myśl Bauchaus.
Chyba się zapędziłem ….
Ale to wszystko bardzo subiektywne jak zwykle rozważania, a jak jest naprawdę każdy musi się przekonać osobiście.
Niech żyją górale i muzyka z pod samiuśkich tater!
A ja czekam na następne dokonania Smolkena.
PS.
Gdzieś czytałem że słuchając Smolkena plomby z zębów wylatują (moje już dawno wyleciały, i to nie dzięki muzyce tylko przez miłość bliźniego) i kwiatki więdną, a moje mają się całkiem dobrze mimo rzadkiego podlewania. no może mnie jaja swędziały bardziej niż zawsze, ale było przyjemnie ....

Na deser coś co wygrzebałem w necie i jeszcze nie do końca przesłuchałem, poza kawałkami w ojczystej mowie, które łyknąłem natychmiast i jeszcze nie mam czkawki.

Na zdrowie.

 

PHANTOM ORCHARD : Orra
Tzadik 2008

Ikue Mori i Zeena Parking współpracują ze sobą od dosyć dawna choćby wspomnieć płytę od której pochodzi nazwa projektu Phantom Orchard, zresztą długo by wymieniać przedsięwzięcia, w których obie damy uczestniczyły. Tegoroczne, tzadikowe wydanie efektu wspólnych twórczych wysiłków wydaje mi się być po pierwszym przesłuchaniu godny polecenia.
Orra to tytuł zaczerpnięty z dramatu innej kobiety, która się zwała Joanna Baillie, o której nie wiele wiem więc przemilczę bo czytałem tylko cytat we wkładce do płyty ze wspominanej tragedii. I zawartość dźwiękowa wydaje się w subtelny, nienachalny sposób obrazować nieszczęście, wewnętrzne rozterki, ból, tęsknotę i cierpienie. Przy tym wszystkim nie ma to wcale czarnego koloru, bardziej widzę szarości ze złotem czy po prostu sepię.
Cóż zapewne jest to muzyka experymentalna, awangarda, która w niewielkim chyba nawet stopniu ma coś wspólnego z jazzem, bardziej pachnie muzyką … chyba bluesem, bo to ponoć muzyka duszy. Przy tych wszystkich porównaniach jednak cała płyta ma spójny klimat surrealistycznego podwodnego sadu z przywoływanymi przez zespół zjawami. A co najważniejsze ich poszukiwania koncentrują się na emocjach, uczuciach odzwierciedlanych dźwiękiem a nie tylko na warsztatowych popisach i technicznych wariacjach w abstrakcyjnych rejonach.
Pierwszoplanowym instrumentem w większości materiału jest harfa Zeeny elektronika Mori buduje atmosferę w czym pomagają panią znani z nowojorskiej diaspory muzycy jak Maja Ratkje – śpiew i efekty w czasie rzeczywistym , na drugiej harfie (żydowskiej) Koichi na perkusji Cyro Baptysta i na stalowych bębnach Josh Quillen.

Pozostaje tylko życzyć miłego pływania i czekania na kolejną udaną pozycję z Zornowskiej stajni.
 

MAYBE MONDAY - Unsquare
Intakt Records 2008

Ponieważ już się zrobiła sobota i mam wizję kilkudniowego bezrobocia, to może poniedziałek okaże się dobrym lekarstwem na egzystencjalne problemy.
MM powstał z inicjatywy Freda Fritha, który zaproponował wspólne grane Miya Masarka (koto i elektronika) i Larry Ochs (tenor i sopran sax). Do nagrania trzeciej płyty trio zaprosiło
• Gerry Hemingway - perkusja, instrumenty perkusyjne, śpiew • Carla Kihlstedt - elektryczne i akustyczne skrzypce • Ikue Mori - elektronika • Zeena Parking - harfa

No to tyle odnośnie personalnego składu orkiestry, który pewnie dla nie jednego jest rekomendacją samym w sobie.
Mam słabość do Freda od wielu lat kiedy nagrywał z The Residents, którzy wywrócili moją muzyczną wrażliwość do góry nogami. I tak pozostało do dnia dzisiejszego, że sporadycznie stąpam po ziemi w czym pomagają mi między innymi takie płyty jak Unsquare. Co prawda bardziej mi się podobała Cukrowa Fabryka z udziałem Fritha, ale te 5 utworów zapisanych na Cd w moim grajniku prowadzą w nieco inne klimaty.
Cała płyta jest po prostu bajeczną, trochę nostalgiczną i leniwą podróżą, którą lekko zakłóca „czad” w „septentrion” i pierwszych frazach free przeszło siedemnastominutowego następnego utworu, który po pierwszych jakiś czterech minutach teleportuje się z powrotem w jakiś zaczarowany krajobraz z lekkim deszczykiem z innej planety.
Powracam do tej płyty, i pisania o niej (to jest dramat) po jakimś czasie ….
Wizja bezrobocia przynajmniej na jakiś czas znikła, ale nie zmieniły się moje odczucia co do dźwięków zawartych na krążku z Intakt Records, szwajcarskiego Labela (w PL GiGi Distribution Kraków), któremu chyba warto się bliżej przyjrzeć a raczej podsłuchać w temacie muzyki improwizowanej.
To chyba trzecia płyta składu, wydana po dosyć długim milczeniu, które jak domniemam nie wynikało z tego, że muzycy nie mieli nic do powiedzenia po drodze, lecz bardziej z tego by powiedzieć to odpowiednio.
Każdy dźwięk przez tą godzinę mimo iż jest totalną improwizacją, wydaje się być dokładnie przemyślany i na miejscu. Poza wspominanymi już chwilami obłąkanego free jedziemy we mgle, tajemnicy i niepewności przyprawiającej chwilami o lekki dreszczyk i jednocześnie ciekawość co będzie dalej.
Nie jestem w stanie wyróżnić tu żadnego z instrumentalistów, bo to co zagrali to jest po prostu jedna tkanka.
A jak filozofowie mawiają - o tkankach się nie rozprawia, tkanki się konsumuje, zżera, pochłania .... i od tego się nie tyje.
Smacznego.

 
MOTOR HUMMING: Musical Aluminium
  Tzadik 1999

Już nie nowa ale za to nawet dobrze dzisiaj brzmiąca muzyka tria z debiutu wydanego u $orna stawia zespół obok Melt Banana w czołówce zakręconych rockmenów japońskiej sceny niezależnej.
Nie wiem czy wydali coś poza prezentowanym materiałem, ale mam nadzieję odnaleźć nowe ich materiały idące słusznie obraną na jedynce drogą inspiracji ich rodowitą psychodelią, Boredoms, Massacre, Ruins czy nawet Naked City.
Są chwile żartobliwe, choćby Wakacyjne wypadki, które lekko przemykają w klimacie trochę westernowym by jednak przekształcić się w strawne gitarowe rodeo, ale generalnie to bardzo poważny motoryczny, bezlitosny jak samurajskie katany materiał.

Chłopaki w płynny i dość inteligentny (jak wyżej pisałem czasem zabawny) sposób łączą hardcore punk, improwizację, metalowe rify, fusion polewając to sosem z dynamicznej nowej (jak na początek nowego stulecia) muzyki.

Panie, Panowie - Motor Humming:
Hioki Shimpei (gitara, klawisze)
Morimura Hiroshi (perkusja, klawisze)
Yamanaka Atsushi (gitara basowa, sampler).
 
TATSUHIKO ASANO - "Genny Haniver"
Geist Records 2001

Doskonała płyta do wyczyszczenia zmąconej głowy, czego doświadczyłem leżąc na plaży odlatując z tymi ciężkimi dla mnie do sklasyfikowania (czytaj zaszufladkowania) dźwiękami.
Historie zawarte w tych dziesięciu kawałkach są osnute babim latem i niesamowitą subtelnością. Przy tym wszystko nagrane przez Tatsuhiko (jedynie w Headlights towarzyszy mu dodatkowy bas i gitara rytmiczna) bez nadęcia czasem niemal z dziecinną naiwnością czy może po prostu lekką zadumą. A jednak nie jest to jak by z dotychczasowych moich liter mogło wynikać płyta smutna. Po wejściu w świat Asano, pomiędzy lemoniadą a pięćdziesięcioma rzekami poczułem się jak na dalekich wakacjach, krążąc w jego zaczarowanym dźwiękami świecie.

Troche się zdziwiłem iż zawodowo Tatsuhiko zajmuje się tworzeniem dźwięków do gier w firmie Nintendo. Płyta jak widziałem zaszeregowywana jako elektroexperymental, lub down-folk-tempo (co mi bardziej się podoba Panie Aes) dla mnie jest po prostu barwną, dokładnie przemyślaną (powstawała chyba 5 lat) wycieczką niby z niewielkim instrumentarium ale za to bardzo krętymi drogami z cudownymi krajobrazami (ach to moje podróżnicze zboczenie).
Takie wykorzystanie instrumentów w powiązaniu z elektroniką, samplami jak najbardziej mnie utwierdza w poglądzie iż nie wystarczy PC by zostać artystą, muzykiem się rodzi i klasyczne wykształcenie muzyczne otwiera świat zerojedynkowy by za jego pomocą wykorzystać atawistyczną potrzebę muzykowania.

No to tyle z mojej godzinnej wycieczki z panem Tatsuhiko, którą przerwał mi teraz swoim wyciem, zawodzeniami i innymi dziwnymi odgłosami z gęby niejaki Makigama Koichi sąsiad dzisiejszego bohatera z wyprzedaży (2 e CD).
 
THE NECKS - Townsville
Fish Of Milk/ ReR Megacorp 2007

Krótka płyta (jest to zapis koncertowej suity Australijczyków z 15 lutego 2007 roku) i krótka "recenzja".
Właściwie to ten jeden utwór wcale nie jest taki krótki bo trwa przeszło pięćdziesiąt minut. Jak już zdążyli nas przyzwyczaić muzycy tria ich utwór powoli płynie bez pośpiechy rozwijając żagle.
Nic nowego tu nie usłyszymy, po prostu jak zwykle urzekające, nieco hipnotyczne i melancholijne dźwięki opowieści, która pełznie gdzieś w minimalistycznej aurze gorącego australijskiego południa.
Chris Abrahams- pianino Lloyd Swanton-bas Tony Buck-perkusja od ciszy zaczynają i ciszą kończą pozostawiając lekki wiaterek między uszami i miłe uczucie spełnienia.
Totalnie relaksujący, a zarazem idealny do wewnętrznych refleksji utwór.
 
TWO BANDS AND A LEGEND - I See You Baby
Smalltown Superjazz 2007

Cato Salsa Experience:
Cato Thomassen - guitar, vocals
Bard Enerstad - guitar, organ, theremin, vocals
Christian Engfelt - bass, vocals
Jon Magne Riise - drums
The Thing:
Mats Gustafsson - tenor & baritone saxophone, electronics
Ingebrigt Haker Flaten - double bass, electronics
Paal Nilssen-Love - drums
                                      Joe McPhee - tenor saxophone, pocket trumpet, vocals
No i właściwie tyle by wystarczyło w opisie tego singla, bo trudno te dwadzieścia osiem i pół minuty nazwać płytą, chociaż zawartość dźwiękowa wydawnictwa stawia ją na równi z pozostałymi publikacjami składu.
Pierwsze trzynaście minut powaliły mnie na kolana swoją energią i świeżością, świeżością nie wynikającą z jakiegoś nowatorstwa lecz z wyczuwalnego radowania się wspólnym graniem. Jedyne co mi się w przeróbce klubowego przeboju nie podoba to, że tak szybko i gwałtownie się kończy. Wokal dziadka Joe, który niby jest uzupełnieniem bardziej zadziornego Cato wprowadza niesamowity klimacik. Dwie sekcje rytmiczne, rozbujane gitary i saxy, wszystko na swoim miejscu z wykopem, nieco funkowo wprowadza w całkiem przyjemny trans.
Nation Time to stara kompozycja Joe McPhee. Pierwsza część to free jazzowy jazgot i czad, w trakcie której panowie totalnie wypluwają płuca a Bard wykrzywia klawiaturę. Po czym nadchodzi spokojniejszy czas na harmonijną rock jazzową mieszankę, a wszystko to w ciągu sześciu minut.
No i zbliżamy się ku końcowi. Dęciaki smutno zawodzą na tle delikatnych gitar i poważnych nut wydmuchiwanych przez organy, ale nie spodziewajcie się, że tak będzie do końca. Mat i Joe w końcu zaczynają wyć, ich instrumenty wydają brudne, wściekłe a może rozpaczliwe dźwięki na co jak zwykle niezawodny Paal i Riise atakują nas salwami swoich zestawów perkusyjnych. W zgiełku, ale i pewnej powadze jak przystało na hymn pożegnalny niestety kończy się „I See You Baby” i pozostało tylko włączyć repeat.
Niewątpliwie jest to doskonałe uzupełnienie tego co już wcześniej słyszeliśmy z krążków tego składu.

 
LES POULES - Prairie orange
Ambiances Magnétiques 2002
 
Joane Hétu
– gra na saksofonie, altówce i chyba przede wszystkim na swoich strunach głosowych. Zaczynając w latach osiemdziesiątych jako feministyczna awangardowa artystka sceny przeszła przez etap avantrocka, piosenkowe kompozycje skupiając się w końcu na eksperymentach z pogranicza muzyki improwizowanej i obrazującej swoiste słuchowiska, które tworzy zlepiając żywe „instrumenty” elektronikę i nagrania otoczenia.
 Diane Labrosse – kompozytorka i jedna z ważniejszych kobiet na improwizowanej i awangardowej scenie Kanadyjskiej. W swoich solowych projektach wykorzystuje w zasadzie wszystkie sprzęty jakimi się otaczamy od telefonów, zegarków, drukarek itd. Po dźwięki otoczenia. Gra na klawiszach i akordeonie (chociaż tego instrumentu jeszcze nie udało mi się zidentyfikować w żadnej jej kompozycji)
Z niejakimi Ikue Mori i Martin Tétreault nagrała płytę Île bizarre
 Danielle Palardy Roger – perkusistka i kompozytorka współzałożyciela l’Ensemble SuperMusique grupy grającej muzykę improwizowaną. Na Prairie Orange buduje niesamowite tła do pierwszoplanowych jęków, szeptów czy bełkotów wokalistki i przelatujących gdzieś dźwięków syntetycznych. Perkusistka o niewiarygodnym wyczuciu czasu, a przede wszystkim klimatu.

Wszystkie trzy panie współtworzyły miedzy innymi Wondeur Brass, Justine i Les Poules. Każda z nich uczestniczyła w wielu projektach a dzisiaj proponuję ich trio Kury (znajoma nazwa co?), w którym nagrały jeszcze płytę pt. Contes de l’amére loi.
Płyta ta jest poskładanym z dźwięków akustycznych i elektronicznych krajobrazem, krajobrazem dźwięcznym pomarańczowej łąki ukwieconej trzaskami, szelestami i odgłosami z jamy ustnej Jaone. Chwilami zabawna, czasem zaskakująca a przede wszystkim surrealistyczna i ciepła jest ta płyta w moim odczuciu.
Nie ma co się tu rozwodzić, tego trzeba posłuchać. Najlepiej na leżąco.
 
FRED FRITH EVELYN GLENNIE - The Sugar Factory
Tzadik Records 2007.

Ostatnimi czasy mam sposobność zapoznawać się z Fredowymi duetami. Dzisiaj prezentowany to współpraca z kolejną kobietą, która jest wirtuozem instrumentów perkusyjnych i zwie się Evelyn Glennie.
Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby ta panna nie była niesłysząca. Tak, tak Evelin od dwunastego roku życia nie słyszy, ale nie powinno być w tym nic zaskakującego bo przecież muzykę należy przede wszystkim czuć a dopiero potem słyszeć. Na tej płycie słychać, że jest to natchniona istota mająca coś do powiedzenia i przekazania.
Płyta ta jest efektem spotkania Freda i Evelyn przy okazji tworzenia muzyki do filmu o ile się nie mylę właśnie o tej bosej perkusistce.
Słuchając „Fabryki cukru” mam wrażenie, że to bardziej jest właśnie jej płyta niż Fritha, który wrzuca swoje solówki czy przelatujące jak duchy drugie plany, rozmywające się w efektach i pomiędzy kolejnymi dotknięciami arsenału Evelyn.
Naprawdę rzadko zdarza się usłyszeć taką różnorodność żywych instrumentów perkusyjnych.
Przykre jest jednak to iż w partiach płyty gdzie niby wiedzie prym Frith staje się ona niemal nudna. Czyżby wirtuoz i odlotowiec gitary dotychczas w moich oczach wielki i niemal monumentalny powoli zbliżał się do wieku emerytalnego i zaczyna smęcić jak Santana?
Mam nadzieję, że nie i z niecierpliwością oczekuje kiedy do mnie dotrą kolejne dwie pozycje Freda z katalogu Tzadika.
Niestety już zmieniłem płytę w grajniku i trudno mi być obiektywnym słuchając jewishgospel w wykonaniu Jewlia Eisenberg, ale mimo wszystko uważam że płyta Fritha i Glennie jest może nie jak fabryka ale jak wata cukrowa.
Lekka, słodka, przynosi sporo radości i po jej skonsumowaniu pozostaje patyczek w ręce ….
I co z nim zrobić?
Najlepiej nawinąć dźwięki od nowa i można się zadumać, pomarzyć i olać to że wszystko dookoła się lepi.
No bo przecież cukier krzepi, więc jedzmy z tego wszyscy i się radujmy.
 

KONONO NO 1 - Live At Couleur Cafe
Crammed Discs 2007

Jedna z ciekawszych wytwórni belgijskich w ubiegłym roku wydała drugi, tym razem koncertowy album Kongijskiego zespołu Konono No 1. Koncert zarejestrowany w Bruxelles przeszedł mi koło nosa bo właśnie pojechałem odwiedzić ojczyznę (no ale w tym roku w czerwcu grają w tym samym Couleur Cafe)
Grupa pojawiła się w Kinszasie już pod koniec latach siedemdziesiątych, ale w europie zaistniała w dwutysięcznych jako pewnego rodzaju fenomen afrykańskiej sceny muzycznej. Ciekawe było po pierwsze instrumentarium orkiestry. Niemal sto procent instrumentów zrobili muzycy własnoręcznie z różnego rodzaju odpadów i złomu nawet ich mikrofony są handmade.
No ale i sama muzyka biła niesamowitą energią, która była efektem wymieszania Kongijskiego etno z rockowojazzowym powerem.
Po sukcesie ich pierwszej płyty w Crammed Discs grali wspólną trasę z Tortoise, a Bjork zaprosiła ich do nagrania swojego ostatniego albumu. No i The Ex nagrało cover ich jednego utworu.
Koncertowa płyta daje podwójną dawkę życia i spontaniczność, zespołu który dalej wydaje się doskonale bawić na swoim roztańczonym złomowisku.
 

OLD TIME RELIJUN - Catharsis In Crisis
K 2007

Old Time Relijun powstało w !995 roku jako trio na potrzeby wernisażu by zobrazować dźwiękami doznania wizualne. Za pomocą instrumentów, które kupili za kieszonkowe licealisty zagrali pierwszy koncert, który ich rozsławił w środowisku Waszyngtonu, gdzie grali przy każdej okazji dając upust swojej twórczej wizji świata.
OTR to niewątpliwie zapatrzony w dokonania muzyczne pana Beefhearta skład, który na każdej płycie równie dobrze bawi się połamanymi dźwiękami mieszając folk a może bardziej bluesa z frez jazzem i energetycznymi dźwiękami żywcem wyjętymi ze sceny punckowej.
Jeśli ktoś chce posłuchać punck-bluesa to polecam ten zespół. Wszystkie (osiem) ich płyty mają wspólny mianownik dadaistyczno knajpiany klimat i niesamowity głos a właściwie wokalna maniera Arringtona de Dionysosa, który również gra na gitarze, organach, saxofonie i oprawia wszystkie wydawnictwa zespołu graficznie.
Catharsis In Crisis to zaledwie czterdziestominutowa płyta a daje wiele radości i jednak lekkiego niedosytu, bo mógłbym słuchać tych prymitywnych melodyjek godzinami.
Doskonałe lekarstwo na monotonne smętne zimowo-jesienne wieczory.
 

MATS GUSTAFSSON/PAAL NILSSEN-LOVE - Splatter
Smalltown Superjazz Norway 2007

Kolejny raz skandynawowie odezwali się swoim specyficznym językiem.
Płyta zdecydowanie inna niż niedawno prezentowany duet Nilssena z Kenem V.
Nie ma tu gonitw, wyprzedzania i nieoczekiwanych hamowań czy wkraczania w strefę ograniczenia prędkości. Przez cały właściwie mini CD, bo to zaledwie dwadzieścia minut jazdy, przemierzamy z muzykami raczej monotonny i powoli się zmieniający krajobraz za oknem wehikułu. Nie ma to jednak wiele wspólnego z tymi okolicami które Paal malował w ostatnich płytach z Brötzmannem, który wcześniej dokładnie je sobie naszkicował.
Mats z Paalem jak w tytule krążka bryzgają, pluskają i bełkoczą co musiało być ciekawym widowiskiem ponieważ te cztery utwory są zapisem koncertu z Oslo, który zagrał duet w lutym 2004.
Muzyka zdecydowanie wymagająca od grających perfekcyjnych zdolności instrumentalnych lub/czy ciągłych napięć mięśni, a od słuchacza nieco skupienia i popłynięcia w tą krótką podróż.
Więc szerokiej drogi.

 
RUDY TROUVE SEPTET - Songs And Stuff Recorded Between 2003 & 2007 Part One
Jezus Factory 2008

Rudy Trouvé był na początku lat dziewięćdziesiątych współzałożycielem jednego z bardziej znanych belgijskich zespołów, który się nazywał dEUS, kapeli o uroczej nazwie Kiss My Jazz oraz uczestniczył w wielu innych projektach głównie związanych z działającą w Antwerpii wytwórnią Heaven Hotel.
Płyta jest zbiorem nagrań z ostatnich czterech lat i daje jedynie obraz części dokonań gitarzysty, głównie w jego balladowopopwych czasem zahaczających o folk klimatach.
Piętnaście ciepłych i miłych piosenek septet przerywa kilkunastosekundowymi wstawkami free improwizacji.
Muzyka bardzo obrazowa i przekonująca. Słuchając np. The End Of A Sweltering Day faktycznie robi się duszno i rozleniwione dźwięki skłaniają do poluzowania krawatów i myślenia tylko o relaksie przy dalszych niemrawych melodyjkach ze złotym napojem w ręce.
Nie byłbym obiektywny (właściwie nie wiem dla czego takowy chce być?) gdybym nie zauważył ewidentnych podobieństw do The Jesus & Mary Chain, The Fall, My Bloody Valentine, czy chwilami do The Cure. Mimo zauważonych wspólności muzyka wydaje się być osobistym i szczerym przeżyciem Trouvé.
Jak by było miło gdyby faktycznie życie w Belgii tak uroczo i słonecznie przebiegało jak piosenka numer 13 i moje rozmowy telefoniczne nie wyglądały tak jak w piosence – dialogu z niebieskimi oczami ;-(.
Leniwe gitary i mamrotanie Rudiego (?) czasem ozdobione tłem smyczków, perkusyjnych przeszkadzajek czy innych dźwięków mnie chwyciły, nie powaliły, ale za to przyniosły sporo odprężenia i mam nadzieję dalszego słonecznego nastawienia do życia, mimo zasadniczo mało plażowego klimatu płyty i codzienności.

 

JOHN ZORN - From Silence To Sorcery
Tzadik Records 2007

Każdy kto zna część dokonań Zorna (ciężko znać całość z przeszło stu płyt) już się pewnie spotkał z jego okultystyczno religijnymi oczarowaniami przenoszonymi na dźwięki. Jego chyba jak na razie ostatnia płyta, a właściwie wydawnictwo sygnowane jego nazwiskiem jako kompozytora jest właśnie efektem tychże fascynacji.
Płytę otwiera utwór „Goetia” w ośmiu odsłonach na skrzypce solo.- Jennifer Choi. Osiem części poświęconych magii służącej przywoływaniu złych duchów to doskonałe połączenie muzyki współczesnej, avantgardy i miłych dla ucha delikatnych melodyjek. Słuchając tych niemal czternastu minut kolejny raz, wyobraziłem sobie niemy film przedstawiający jakiś zapyziały zakątek naszego padołu gdzie przy ognisku czarownice odprawiają swoje rytuały by ucieleśnić demony. Słowem szatańskie skrzypce.
Kolejna kompozycja to solowe bębnienie niejakiego Williama Winanta, który przywołuje szamańskie obrzędy voodoo. Niesamowicie zagrany hipnotyzujący utwór z przestrzenią, która sprawia że bardziej się czuję uczestnikiem magicznego przedstawienia niż jakiś czas temu na Haiti, gdzie tubylcy przy tym co jest na tej płycie grali discopolo.
Końcówka płyty to hołd złożony żydowskiemu poecie Paulowi Celanowi. Już większy skład i muzyka o dziwo niemal zupełnie pozbawiona elementów klezmerskich. Klasyczne trio smyczkowe rozbudowane o klawikord (najstarszy instrument klawiszowy) i instrumenty perkusyjne. Shibboleth po kolejnym przesłuchaniu mieni mi się jako ciekawa współczesna muzyka kameralna.
Słuchając tej płyty mam niemal pewność, że za dziesięć lat będę tego słuchał z takim samym zadowoleniem, że mimo zakurzonego pudełka jego zawartość się nie zestarzeje.
 

KEN VANDERMARK & PAAL NILSSEN-LOVE - Seven
Smalltown Supersound 2006

Kolejne wydawnictwo tego duetu to trzy kompozycje, które można zaszufladkować jako tzw free impro.
Obaj Panowie poszukują w trakcie tego koncertu dźwięków które mogą powalić słuchacza na kolana i to nie tylko za sprawą ich gęstości, ostrości, ale również dzięki niewątpliwego mistrzostwa z jaką muzycy posługują się swoimi instrumentami. Co prawda chwilami można mieć wrażenie, że to tylko pojedynek pomiędzy instrumentalistami, w trakcie którego każdy gra swoje byle zagłuszyć przeciwnika, ale tak wytrawni muzycy z kanonad dźwięków gładko przechodzą do czytelnych, ba nawet melodyjnych wycinków występu.
Miło posłuchać jak Nilssen bombarduje Kena, który doskonale się broni ale jak dla mnie ten pojedynek wygrywa Paal nie jest to nokaut, ale lekka przewaga punktowa.
Stanowczo wyciszony ostatni najkrótszy utwór niemal balladowy Universal Funeral pozwala nieco ochłonąć po czterdziestu minutach energetycznej, momentami transowej muzyki tandemu.
 
CAPSULE - Haunted House
Super Belgium 5 March 2007

Jakiś czas temu wrzuciłem płytę do podsłuchu po pierwszym przesłuchaniu. Teraz zacząłem się zastanawiać dla czego? I zapuściłem flamaków jeszcze raz.
No jak nie widzieć dla czego skoro płyta po intro rozbrzmiewa bardzo pogodnymi, dźwiękami, dęciami i te słodkie klawisze, które nie pozostawiają wątpliwości, że tabletka szczęścia zadziałała - jesteś w raju… otoczony aniołkami lecisz w de dur i tak dalej.
Niestety aniołki się przetwarzają i zaczyna się jazda ……. To są ośmiornice, które nie mają litości dla frajerów. Łapiesz bazę wchodzisz……… nie to toniesz w mule tandety, którą czasem niesie gdzieś w oddali wir tej muzyki………..

Belgijski zespół z Andwerpi, która ma nieszczęście znajdować się zawsze we wszelkich rankingach najwyżej na drugiej pozycji mimo że jest tak naprawdę stolicą flamandzkiej kultury, gdzie się sporo dzieje, produkuje i przede wszystkim tworzy.
Capsule jak na razie znam z tej jednej płyty, która jest generalnie esencją tego co się działo w muzyce na lądzie od jakiś piętnastu lat, nie jest to nic odkrywczego, nowatorskiego (no tu bym się zastanowił nad kilkoma powiązaniami free z rockiem ba nawet disco i przeuroczymi wokalizami)
Słucham płyty i przelatuje przez całe swoje dzieciństwo, młodzieńcze lata imprez aż po naładowane rozmaitymi ideologiami odbieranie muzy i to do mnie trafia. Jest to przede wszystkim muzyka autentyczna i pozwalająca człowiekowi na chwilę wewnętrznego szaleństwa, żeby nie powiedzieć zagubienia. Ja osobiście odpływam, …. Wsiadam na materac i zapierdalam jak dźwięki dają, fale i sztormy przyjmuję na hasło Capsule. Po odkręceniu kolejnego cabzla mknę dalej …………… widzę latarnię dętą ………… śpiewają mi pięknie flamandzkie syrenki, które może nie są wyśmienitymi tancerkami, ale …..i.
Jak by się dłużej zastanowić to jednak zespół ma poważne korzenie Belgijskie, bo w tej muzyce jest wyczuwalny chłód i tęsknota za ….
No właśnie za czym?
Słychać tu wpływy najlepszych bluesowych, że tak powiem pierwotnych egzystencjalnych przełożeń, ale zaraz obok jest agresywna ingerencja w lata 80-90 i jak dla mnie bardzo udane mini speysodysey cokolwiek to znaczy
Płyta piękna w konstrukcji powiązania gatunków lat i klimatów.
To chyba powinna była być cała recenzja
ale…………..

milczenie jest złotem

O k……………………………..

Znowu się zpierdziałem  i zabrzmiało to przepięknie
Tak po Krakowsku.

Polecam na zbliżające się zabawy tanecznopijackie.
 

VOLCANO THE BEAR - Egg And Two Books
2006 Vivo

O zespole dowiedziałem się stosunkowo niedawno i to z rekomendacji niejakiego Gustafssona. Mats porównuje chłopaków z Wyspy między innymi do This Heat, Faust, Residents, czy Captain Beefheart, ale nie to jest najważniejsze (bo może i są to trafne porównania, ale na dobrą sprawę można by wypisać tu jeszcze sporo nazwisk i zespołów z różnych półek, co nie znaczy że kolesie są kalką jakiejś tam listy poprzedników) o mojej chęci poznania ich muzyki przeważyło określenie zespołu jako miksera frez jazzu, industrialu, neofolku, rocka, minimal music i jeszcze czegoś tam na deser.
Fakt jest to zespól, który idealnie jak na mój gust miksuje wszelkie dotychczasowo skromnie eksplorowane przez moje uszy rewiry muzyki.
Płyta koncertowa wydana przez polski VIVO (co szalenie cieszy, że angielskie zespoły olewane przez własnych promotorów wydają płyty w PRLu – i o czym to świadczy?) zauroczyła mnie, chociaż szczerze mówiąc sam nie do końca wiem dla czego no i na dzień dzisiejszy chyba mam na jakiś czas lekki przesyt, ponieważ na deser raczyłem się jeszcze studyjnymi nagraniami kwartetu i muszę trochę odpocząć żeby móc wysłuchać z niemniejszą przyjemnością jeszcze kilku pozycji, które pewnie niebawem do mnie dolecą.
Występ wyspiarzy nagrany w czerwcu 2006, w Phoenix theatre w Leicester, zaczyna się od nieco schizofrenicznych wokaliz połączonych z lekka eksperymentalnymi wprawkami na instrumenty szarpane i perkusyjne z odrobinką współczesnej technologii co i tak nie pozwoliło mi się domyśleć jaki jest preferowany język muzyków.
Improwizacja, która wkracza po lingwistycznych pokazach możliwości wodewilowych zespołu, może nieco nużyć, ale wydaje się być obiecującą zapowiedzią wysłuchania zespołu na żywo.
Płyta gładko przepływa przez rozmaite klimaty, i po może trochę nudnawych partiach improwizacji przychodzi może nie erupcja ale lekkie ożywienie jeszcze nie wulkanu, ale gejzeru.
Jak ktoś mi kiedyś powiedział: nie sztuką jest zagrać ładnie, sztuką jest zagrać byle jak, ale żeby to pięknie brzmiało.
I tak powinna wyglądać krótka recenzja tego koncertu.
Niestety muszę mimo, że podoba mi się ta płyta stwierdzić, że studyjne dokonania kwartetu przysporzyły mi dużo więcej pozytywnych wrażeń, co nie znaczy, że ominę ich koncert, jak będę miał ku temu okazję.
Zespół jak dla mnie godny polecenia kilku chwil, które rekompensują się mimo wszystko doskonałym nastrojem, nie tylko po, ale i w trakcie.

PS.
Całkiem niedawno byłem na koncercie The One Ensemble gdzie daje wokal i gra na gitarze jeden z członków Volcano the Bear, i ten skład polecam (może już niedługo w kąciku).
Na marginesie widziałem, że VtB w listopadzie grali we Wrocławiu na jakimś industrialfestynie, może ktoś był i klepnie o swoich wrażeniach.
Bagnet

bagnet 2006-2010