EXPLODING STAR ORCHESTRA
We Are All from Somewhere Else
Thrill Jockey 2007

Exploding Star Orchestra to grupa Chicagowskich grajków, których zebrał doskonale znany z dziesiątek projektów Rob Mazurek. Są to muzycy, którzy razem z Robem czy Vandermarkiem tworzą nowe muzyczne oblicze Wietrznego Miasta są to m.in. Jeb Bishop (Vandermark 5), John Herndon, John McEntire, Jeff Parker (wszyscy Tortoise), Matt Lux (Sea & Cake) no i członkowie tamtejszego Association For The Advancement Of Creative Musicians, które ma niewątpliwe zasługi w kształtowaniu muzyki improwizowanej od ponad czterdziestu lat. Płyta jest efektem dwuletniej pracy zespołu i ponad 30 koncertów, z których pierwszy odbył się w listopadzie 2005 oczywiście w Chicagowskim parku. Inspiracją dla Roba przy powstawaniu projektu byli min.: Lem, Satie, Ferrari, Levin.
Czternastoosobowy big band na „We Are All From Somewhere Else” gra właściwie trzy kompozycje, które składają się na 10 kawałków. Co do samych dźwięków, wydają się być dokładnie zaplanowana, rozpisana na pięcioliniach do najmniejszego drapnięcia pałeczką w talerz, mało jest tu chwil gdzie słyszy się improwizowane wycieczki muzyków. Cała płyta raczej jest miłą wycieczką w bezpiecznym autokarze, gdzie za oknem rozmywają się pastelowe krajobrazy niż wyjściem nocą na ulice Jackowa. Nie jest to wycieczka jaką zaproponował nam Rob w prezentowanej już kiedyś płycie Sao Paulo Underground. Chwilami niemal melancholijna i do znudzenia jazzowa, chwilami biegnie w kierunku postrocka, przemykając przez minima.
Mnie najbardziej podobają się partie (np7), które opierają się niemal na transowej motoryce.
Ogólnie bardzo ciepła płyta, która nie jest może szczytowym osiągnięciem Mazurka, który jest ojcem ESO, ale przyjemnie się tego słucha.
Bagnet

Økapi - Bah!

Tym razem zamiast o muzyce to o zwierzątkach, bo ta muzyka mam nadzieję obroni się sama.
Bah! to remixy zrobione jak dla mnie po mistrzowsku.
Jest na tej płycie przekrój dźwięków kojarzonych z różnymi latami, dekadami i stylami .... ciekawe pomysły i kolaboranci min.ZU.
Gorąco polecam COMFORT STAND, tam znajdziecie jeszcze kilka całkiem przyzwoitych płyt.

A teraz z innej beczki.
Od chwili odkrycia okapi człowiek próbował osiedlić to zwierzę w ogrodach zoologicznych.
W 1928 roku podjęto drugą próbę, ale zwierzę dostarczone do zoo w Londynie padło po 13 dniach. W tym samym roku kolejna okapi znowu trafiła do zoo, tym razem w Antwerpii, i udało się ją utrzymać w dobrej kondycji przez 15 lat. Ale był to przypadek wyjątkowy. Inne zwierzęta, dręczone przez pasożyty i choroby, szybko ginęły. Tymczasem żyjące na wolności osobniki znalazły się w poważnym niebezpieczeństwie. Plantacje, drogi, kopalnie wchodziły głęboko w dżunglę, niszcząc naturalne środowisko życia tych zwierząt. Dlatego nadal podejmowano próby zadomowienia ich w ogrodach zoologicznych, co zakończyło się sukcesem. Nowoczesne leki i szybki transport lotniczy pozwoliły im przetrwać ciężki okres aklimatyzacji w nowych warunkach. Na przełomie lat 80 i 90 w ogrodach zoologicznych całego świata żyło około 50 sztuk okapi, z czego ponad 50% urodziło się w niewoli. Sukces ten przyszedł w samą porę, bo coraz dramatyczniejsza staje się sytuacja całego gatunku. Naukowcy szacują, że w tej chwili żyje na wolności 5-7 tysięcy okapi. Biorąc pod uwagę niszczenie ich naturalnego środowiska, wcale nie jest to liczba duża i zwierzętom tym grozi wyginięcie.

BRASIL AND THE GALLOWBROTHERS BAND
The band plays on the dunes moves on (caught me with my eyes closed)
2005 Last Visible Dog

Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym zespołem, który jest ponoć kontynuacją warszawskiego One Inch of Shadow (?).
Chciałoby się powiedzieć cudze chwalicie (czy słuchacie) a swego nie znacie.
Nie jest to wiosenna płyta, raczej na leniwe upalne lato zresztą w takowe została nagrana gdzieś na dachu.
Sam nie wiem jak określić tą pastelową, ulotną płytę, która jest w zasadzie równa bez większych drgań membran.
Do podstawowego instrumentarium, jakim jest gitara, bas, perkusja, oszczędną trąbka, klarnet, skrzypce dorzucili chłopcy z Brasil rozmaite zabawki no i zgrywane wcześniej na minidysku odgłosy otoczenia. Z lekkością wisielcy kleją morowy psychodeliczny klimacik.
To wszystko niemal pozwala odczuwać to, co się dzieje w tak na prawdę nieistniejącym świecie. Chłopaki spoceni grają w piłkę, porozbierane laski gawędzą na ławce w cieniu, w pokoju, do którego wchodzi przepocony i przepalony X monotonnie tyka zegar, zagłuszany przez rozeschłe deski podłogowe i ciężkie zakurzone buciory X.
Bardzo mi się spodobała ta płyta i to nie tylko dla tego, że wcześniej słuchałem, Zornowskiej Astronome (5+), ale przede wszystkim za ten melancholijny spokój.
Płyta pomyślana, przemyślana i zagrana bez zbędnych dźwięków.

PAUL LYTTON, KEN VANDERMARK, PHIL WACHSMANN – Cinc (okka 2006)

Cinc to trzech muzyków, grający na skrzypcach z użyciem różnych elektronicznych przetworników Phill Wachsmann, perkusista Paul Lytton (używający także rozmaitych „elektronics”) oraz znany doskonale z dziesiątek projektów Ken Vandermark.
Wydaje mi się, że konsekwencją poszukiwań muzycznych jest niestety ciągły odwracanie głowy w przeszłość. I tak się zaczyna ta płyta … od smyczków, które wiodą nasze uszy w przeszłość … nie, a może stety to tylko krótkotrwałe złudzenie. Trochę mi przeszkadza to mieszanie sałatek na początku … a potem jest miejsce na trawienie. Ken prowadzi przez cały układ trawienny, z całymi tego konsekwencjami. Są niestrawności, wzdęcia, poważne wzburzenia aż do śliskiego wyjścia z kichy stolcowej. Uf, przebrnąłem przez pierwszy kawałek. To uf to nie tylko ulga, ale i oczekiwanie na dalsze fizjologicznometafizyczne doznania.
Dwa to zdecydowanie popis Vandermarka. Pacjent wyciska z płuc i instrumentu dźwięki, które na bank zachwycą każdego fana free jazzu a zdegustują tych, którzy uważają, że dzisiejsze free to odgrzewanie kotletów czy inne wazeliniarstwo.
No, ale tak naprawdę to szczęśliwie przez cała płytę Vandermark jest jakby za Wachsmannem. Granie tria wydaje się być wolną improwizacją gdzie muzycy rozumiejąc intencje towarzyszy doskonale się nawzajem uzupełniają bez zbędnych instrumentalnych dialogów.
Zdecydowanie najprzyjemniejsza płyta z udziałem Vandermarka (dla którego mam cały czas respekt bo wielkim instrumentalistą jest) po kącikowym bootlegu Powerhouse Sond.
Pozdrawiam Bagnet

TOKIJSKA MASAKRA ... KEIJI HAINO w 3 odsłonach
ze specjalną dedykacją dla Thomisho Khaperyio i rodzinki na nowe mieszkanko.

Tym razem zupełnie monotematycznie, a właściwie monopersonalnie.
Tego pacjenta już zapewne wielu zna z udziału w rozmaitych projektach z innymi chorobliwie poszukującymi nirwany gośćmi jak Brötzman, Zorn, Bailey, Otomo Yoshihide ... czy po prostu jego projektów, których jest cała masa (azjaci są strasznie pracowici … prawie jak żydzi … jutro idę się obrzezać i zrobić lifting gał)

Kilkanaście lat temu pod kołdrą w internacie słuchałem audycji w 3PR „Blues wczoraj i dziś”. Było to już w trakcie ciszy nocnej. Siałem terror w pokoju jak mi ktoś zakłócał wysłuchiwanie całej serii z archiwum BBC gdzie grali ludzie z duszami, często na własnoręcznie skonstruowanych instrumentach. To był czad. Końcówka komuny i goście grający na jednostrunowych gitarach i sepleniący z bezzębnej jamy ustnej (nawiasem mówiąc i tak bym ich nie zrozumiał, bo ze mnie lingwista był zawsze jak z koziej dupy trąba).
Dzisiaj słucham Keiji Haino - Black Blues (Disques Du Soleil Et De L'acie, 2004) i czuje ten sam dreszczyk. Żona (przyzwyczajona do moich muzycznych zboczeń, ale widać cały czas wojująca) zapytała słysząc dźwięki z mojego kąta „ czy tobie sprawia przyjemność słuchanie takiego wycia? Czy zamierzasz nas przedwcześnie opuścić?”
O dziwo właśnie te słowa były moim natchnieniem do polecenia tych płyt.
Sam Haino kiedyś powiedział:
„Byłbym szczęśliwy, gdyby moja muzyka miała terapeutyczny wpływ na kogoś...    Dlaczego?
 Bo sądzę, że to niemożliwe.”
A jednak na mnie te właśnie prymitywne bluesowe dźwięki najbardziej działają. Może jestem chory, ale czyż nie jest przyjemne, choć na chwilkę stać się Panią Gożdzikową i uzależnić od tego lekarstwa na codzienność innych? Poza tytułem tak naprawdę płyta nie ma nic wspólnego z ogólnie przyjęta definicją bluesa, a raczej z tym, co słyszymy w radio jako gatunek. Mimo to doskonale można tu wyczuć rozpacz i smutek, a nawet chwilami jakąś melancholijną nutkę przemyconą między noisowymi akordami elektrycznej gitary i często wręcz przerażającym i makabrycznym zgrzytem strun głosowych Keiji.
Niestety nie słyszałem drugiej z Black Blues, akustycznej wersji, co może być doskonałym uzupełnieniem prezentowanego „dzieła”
To, co usłyszałem na Haino & Null – Mamono (Blossoming Noise 2006) nawet moje schorowane komórki mózgowe przewietrzyło i zrelaksowało na jakiś czas. Czysty, noise … co prawda pierwszy kawałek ciągnie się niemalże do trepanacji tak potem jest lżej, co nie znaczy mniej schizofrenicznie. Haino popisuje się tu swoimi możliwościami nie tylko jako gitarzysta, ale też jako wokalista i perkusista. Jak bym chciał żeby tej płyty wysłuchał pan Niedżwiecki. Jak dla mnie najbardziej przyswajalnymi czytaj najmilszymi utworami są gitarowe, które i tak zaskoczą bywalców harcerskich ognisk.
K.K.Null (KAZUYUKI KISHINO)jest kolejnym moim psychoterapeutą, którego mam nadzieję szybko bliżej poznać. W jego bogatej dyskografii można spotkać min. takie nazwiska jak JON ROSE, ALEXEI BORISOV, ZBIGNIEW KARKOWSKI, JAMES PLOTKIN, JIM O'ROURKE, FRED FRITH, JOHN ZORN, Z'EV
67 minut psychodelicznego wiru muzyki, majaczącej chaotycznie elektroniki odbijanej przez bębny i cięte gwałtownym śpiewem Haino.

No i niejako na deser w cyklu, Tzadik ci w ucho Haino Keiji, Yoshida Tatsuya - New Rap (Tzadik 2006)
czyli spotkanie dwóch 100% wojowników dźwiękami, których nie zastąpi żadna samurajska katana. Tatsuya znany chyba najbardziej jako lider i perkusista RUINS w połączeniu z wiecznie eksperymentującym kolegą, który eksploruje od lat klimaty psychodelii mieszając je z aromatami , noisu, „bluesa” i improwizacji. Jest tu esencja działań obu karateków. Jak zwykle Haino swoimi zaśpiewkami, krzykami czy wręcz dzikimi wrzaskami łamie powietrze, które jest tak gęste po kaskadach i wirtuozerskich zagrywkach bębniarza że doprawienie tego wszystkiego przez jazgotliwą, drapieżną i rzężącą gitarę momentami robi się naprawdę ciężkie. Jak przeczytałem w jakiej recenzji, chyba R.Brzostka
"Miał być big beat, jest karate"
… i to zdanie wydaje się być najlepszą rekomendacją.
No to tyle nieco pośpiesznych i rozczepanych myśli na temat muzyki samurajskiej.
                                                                                                                                                            Bagnet

GLENN KOTCHE  Mobile
2006 Nonesuch Records

Dzisiaj jednoosobowy projekt niejakiego Glenna Kotche pt. Mobile.
Solowy album perkusisty znanego przede wszystkim z Wilco, ale również ze współpracy min z O’Rourke, Feneszem, Steve Reichem czy Boxhed Ensemble.
Osiem utworów napisanych i zagranych przez samego Glenna.
Muzyk wykorzystał do ich nagrania cały szereg najdziwniejszych instrumentów własnej konstrukcji jak i klasyczne bębenki rozmaitej maści czy wibrafon. Czasem aż się nie chce wierzyć, że te dźwięki pochodzą tylko z instrumentów perkusyjnych.
Nie bardzo mam ochotę, a bardziej chyba nie potrafię dogłębniej przeanalizować tej płyty i na dodatek przerobić dźwięk w literki, więc skanuje książeczkę, którą w dużej mierze mimo mojego lingwistycznego kalectwa zrozumiałem.
Tam się dowiecie wszystkiego o powstawaniu płyty, inspiracjach itp. itd.
p.s.
5 kawałek nawiązuje do książki, za którą Biblioteka pod Baranami wysyłała za mną listy gończe.

WHALE
"We Care" 1995 Virgin

Kolejna odgrzebana płyta, która często gościła w moim pierwszym odtwarzaczu CD.
Niewątpliwie dla mnie wtedy to była egzotyka, Szwedzi grają coś, co się da słuchać i przy tym wcale nie są blondwłosymi Kenami.

Wieloryby nie są jakoś szczególnie ani odkrywczy ani oryginalni w tym, co grają. Ich muzyka to doskonały pop na karnawałowy balik przy piance i przy nastawieniu na dobrą zabawę z odmóżdżeniem. We Care chyba jest właśnie do tej okazji idealnym albumikiem, za pomocą mieszaniny rocka, funku, kibolskoulicznych refreników, odrobiny triphopowych przypraw i transowych klimacików, zespół może rozgrzać niemal jak sex, który przewija się jako temat przewodni między zerami i jedynkami.
To było 12 lat temu i uważam, że jako efekt zabawy płytka jest ok.
A dzisiaj? Idealna dla "odlotowych" biurokratów.

pozdrawiam Bagnet

ALOG "Amateur"
Rune Grammofon 2007

Płyta zaczyna się piękną „piosenką” o królewskim synu, który najwidoczniej (nie kumam do końca tekstu właściwie od początku do końca nie kumam tekstu) ma jakieś problemy. Pewnie to te egzystencjalne problemy wyższych sfer, bo i płyta raczej dla takowych jest przeznaczona. Nie mam oczywiście tutaj na myśli kwestii urodzenia, ani żadnej kastowości tylko po prostu pewien wyższy stopień wrażliwości, wrażliwości muzycznej. Zaczyna się niemal popowo, no może nie na listy przebojów, ale jest to rozgrzewka do dalszej przygody z amatorszczyzną Alog-a.
 

1. Piątek wieczorem lita przebojów PR3, zapowiada gruboszyjny znawca muzyki wszelakiej: …. Na ofnastym miejscu ALOG i ich królewska pieśń radości i chałwy …
2.Już przy drugim kawałku możemy się poczuć nieco swojsko jak na klubowym spotkaniu przy piwie, ognisko, barany u sąsiadów no i     nieodłączny w tych sytuacjach lekki zawrót głowy. I tak będzie niestety aż do końca.
3.Szczęśliwie po nocy spędzonej w dobrym towarzystwie ma się dobre (może troszeczkę koszmarne) sny, no i anieli czuwają.
4.A rano delikatnie zakłócana przez jeszcze wzburzoną krew cisza.
5.O k…. kobiety wstały …. Tvn24 i już wszystko jasne świat razem z nami się obudził.
Fuksem udało się wymknąć gdzieś w kąt
6.Śniadanie w tym stanie jest równie porypane jak siódma rano w poniedziałek. Jemy, bo ponoć żeby jeść trzeba żyć. Promienie słońca czasem mile nas łechcą. Generalnie jak w polskim kinie …. NUDA
7. Konwersacja się nie klei. Rzucamy jakieś pojedyncze słowa w ściany, które i tak już są oblepione muchami i rozpłaszczonymi komarami (nawiasem mówiąc nie znoszę tych krwiożerczych gadzin).
8. Na deser wspaniale jest poczytać. Zasiadam w fotelu. Otwieram kryminał i wysypują się wysuszone przez czas liście polnych chwastów. K….. znowu nie mogę się skupić.
9. Wakacje na wsi to kiepski pomysł. Wszystko tu skrzypi, szumi, brzęczy i do tego lata, co chwila pada. Jak dobrze że mam magnetofon i kilka kaset z rock and rollem.
10. Tu chyba się wyłączyłem. Uwielbiam długie posiadówki w tzw. wychodku, oczywiście jak jest jakaś literatura.
11. Włączyłem telewizor. Był jakiś horror, ale zawiał wiatr zerwał linie z prądem i musiałem znowu iść spać.
12. Właściwie nie miałem snów. Czasem ukąsił mnie jakiś komar to się ocknąłem na chwile i pomyślałem o jutrzejszej drodze ……
Miesiąc potem pomyślałem sobie – szkoda, że tej płyty nie słuchałem razem z R&M w Jaroszówce.
Tekst dedykuje jak i muzykę tym zacnym Panom, którzy zdołali wytrzymać w moim towarzystwie cały weekend.

PS.

Ciekaw byłem tej płyty po wcześniejszych dokonaniach Alog-a. Płyta jest ciekawym eksperymentem muzyków, którzy zmagają się z nowymi (często nowoskonstruowanymi) instrumentami i może stąd nawet ten tytuł. Polecam kilkukrotne wysłuchanie Norwegów, bo wydaje mi się, że oprócz wysiłku w powstanie tej płyty włożyli jeszcze sporo serca i część tej iskierki, której nam zabrakło przy ognisku by odlecieć w piękny świat gdzie są już tylko dźwięki.
Pozdrawiam Bagnet

The Au Pairs
Equal But Different: BBC Sessions 79-81
1994 RPM

Dzisiaj kolejna wspominkowa płytka AU PAIRS – brytyjska kapelka post-punkowa, którą pierwszy raz usłyszałem dzięki niejakiemu Markowi Wiernikowi 3PR.
Lata osiemdziesiąte dla mnie to pierwsze poszukiwania muzyki innej niż już trochę mnie wtedy nużący punk-rock czy opozycyjni bardowie, których się słuchało w kościelnych piwnicach lub jak wszystko z taśm stilongorzów. To był jednocześnie okres największych i pierwszych odkryć, do których ni jak się miała muzyka słyszana w towarzystwie rodzicieli.
Przegrywane kasety - wielu nazw już dzisiaj nie pamiętam, ale pamiętam za to jak jechaliśmy samochodem (duży fiat) i uprosiłem starszyznę by puścili moją kasetę. Składanka, na której były min. TZN XENNA, BRAK, WC i tp.
Przy tekście „dyskoteka kurwoteka syf …. Pozabijać ich” czy „mam pierdoląca w uchu kolczyk w dupie stolca” mało nie wjechaliśmy do rowu.
No i mój ulubiony (nie pamiętam, kto to śpiewał)
„Kibel, kibel
Wylęgarnia muszek
Kibel, kibel
Chyba się uduszę”
No dobrze chyba wystarczy kombatanckich wspominek.
Pan Wiernik, który na marginesie zdziadział jak całe polskie radio, otwierał od czasu do czasu przed moimi uszami nowe drzwi. Tak było też z AU PAIRS i !ACTION PACT! - dwie kolejne wtorkowe audycje na jednej już Pewexowskiej kasecie, których czasem słucham na wsi.
Pierwsze, co mnie urzekło w Au Pairs to wokal aktorki, lesbijki i feministki LESLEY WOODS, w jej głosie jest tyleż samo energii, co jakiegoś niepokoju i po prostu kobiecego ciepła.
Na płycie większość to po prostu gitarowe piosenki, ale niektóre z nich mają oprócz akordów to coś między nutami. Mają klimacik.
Jak pierwszy raz usłyszałem Au Pairs to był odlot, teraz to jest ten pop, który lubię i od czasu do czasu słucham dla „przetkania” uszu między nowo odkrywanymi dżwiękami.
Później pojawiły się kapele jak Gang of Four, Siouxsie and the Banshees, Throwing Musem czy The Fall, które były fajne, ale już nie powalały jak kwartet z Birmingham.
Sao Paulo Underground
"Sauna: Um, Dois, Tres"
Aesthetics 2006

Roba Mazurka większość tych, którzy słuchają i poszukują nowych dźwięków raczej przedstawiać nie trzeba.
Każdy, kto się otarł o współczesny jazz a raczej muzykę, która czerpie i miesza jazzowe improwizacje i tricki z noisem czy z postrockową estetyką, musiał się zetknąć z tym „ciasteczkiem”.
Dla tych wszystkich ciekawe pewnie były doświadczenia w trakcie słuchania jego projektów z Jimem O'Rourke, czy Luciem Ferrari no i oczywiście Chicago Underground, Isotope 217, Stereolab, Pan American czy Tortoise.
Zmęczony życiem obok Jackowa, Rob emigrował do Brazylii, gdzie śladem Lopeza nagrywa mniejsze rybki i odgłosy natury, by je przyprawić odrobiną psychodelii i usmażyć ku uciesze (lub nie) słuchaczy.
Mam nadzieję, że jednak zmęczy Mazurka brazylijski klimat i osiedli się, chociaż na chwilkę w PRLu by uwiecznić nasze ojczyste żabki, kozy, a przede wszystkim to, do czego odnosi się przedstawiana płyta, czyli po prostu życie miasta. Jestem pewien, że nasz miejski folklor byłby równie inspirujący jak życie w Sao Paulo.
No, ale jest jeszcze 2 pan, co się zwie Mauricio Takara – perkusista, który pracował z Robem w Bassisters Orchestra no i jeszcze kilku współpracowników, o których nic nie wiem wiec oddam im tylko ukłon.
Jak zapuściłem w samochodzie Sauna: Um, Dois, Tres pomyślałem to jest dopiero free, Mazurek miesza zupę, ale chyba nie pomyślał co do niej wrzuca. Dopiero w domu słuchając ponownie płyty mam wrażenie jakby te pierwsze prawie 6 minut były wstępem, niejako ostrzeżeniem dla słuchacza
„Uważaj! Lecisz w miejsca gdzie jeszcze ciebie nie było i może nie koniecznie chcesz tam trafić”
Ja wiem, że dobrze wybrałem z pułki i jak kiedyś się wybiorę w tamte strony to nie zakupie jakiegoś głupkowatego przewodnika tylko zabiorę tą płytę.
Już nieco lżej robi się od 2 kawałka, który w konstrukcji przypomina zwyczajną rockową piosenkę, z refrenem i nieco zagłuszaną przez elektroniczne kolaże melodią. Niby radosny kawałek pod koniec staje się niepokojący by w końcu przerodzić się w słyszalny gdzieś w tle dramat, przytłumiany trasowymi bębnami. Mam wrażenie, że śwp. Beksiński niczym Freud doskonale by rozebrał ten kawałek.
A potem „Olhossss” dziwny kawałek przerwany, a raczej przedzielony skeczem, który jakby przenosi słuchacza w zupełnie inne miejsce. To jest właśnie patent Mazurka, łączenie tradycji z nowym mieszanie, experymentów z densowoklubowym graniem. No i ta trąbka, która ciągnie się i w następnym kawałku, granym jak by przez uciekinierów z Afryki, którzy jak górale w Jackowie tęsknią za krajem …, ale te pasaże w tle ewidentnie wskazują na to, że jednak to jest tylko sen, z którego na bank każdego zbudzi końcówka Afrihouse.
Powracając do płyt prezentowanych przez Zdzicha z cyklu Krany mam wrażenie, że muzycy przez niego prezentowani są bardziej malarzami. Malują w mózgu słuchacza krajobrazy, które niestety są ulotne. W przypadku tej płyty mam wrażenie, że Sao Paulo Underground to malarze, którzy oprócz krajobrazów malują scenki rodzajowe jak to czynili niderlandzcy mistrzowie, z tym, że bardziej abstrakcyjnie.
No i tyle >/,PKP$7798,,58*%&^()_+@%&^(&(GKL:234%^&*Ol+94149462+dfgohij[p];kljklfkhede9yu-=[
Ja jestem pewien, że do tej płyty będę wracał i ciągle ją odkrywał, mam nadzieję, że kiedyś w Sao Paulo.
PS.
Nie wiem dla czego ale przy ostatnim słuchaniu płyty nieustannie myślałem o moim przyjacielu OPIM, którego pragnę pozdrowić.
Bagnet
Robert Rich & B.Lustmord
"Stalker"
Fathom (Hearts Of Space)1995


Nie jestem jakoś specjalnie ani obeznany ani rozkochany w muzyce z tzw. kręgu ambient czy jak to tam zwał. Zawsze uważałem, że dźwięki wydobyte z instrumentów analogowych dają dużo więcej przyjemności niż te skonstruowane za pomocą zer i jedynek. Technika i coraz większa wyobraźnia twórców dźwięków (z premedytacja nie użyłem określenia muzyków, ponieważ nawet Brian „Lustmord” Williams, na co dzień montuje podkłady do reklamówek czy gier) powoduje, że efekty ich pracy są coraz ciekawsze i bogatsze, poniekąd zapełniając jeszcze niezagospodarowaną przestrzeń przez „klasyczne” instrumentarium.
Kilka dni temu słuchałem płyty Briana - Risning, która faktycznie wywołuje chwilami ostre zaciskanie zwieraczy by nie popuścić, ale mimo to jest wypełniona ciekawymi dźwiękami, które wywołują też ciekawość, co będzie dalej. Tak też jest i z płytą Stalker, którą Lustmord współtworzy z niejakim Robertem Rich, który sam siebie tytułuje jako dźwiękowego surrealistę.
Niemalże 70 minut dźwiękowej układanki, do której panowie użyli już chyba wcześniej wykorzystywanych schematów. W zasadzie cała płyta przebiega w dwóch powierzchniach. Plan pierwszy i tło, ale często właśnie to tło przemawia bardziej niż te niby pierwszoplanowe i bardziej słyszalne lub urywane kawałki „melodyjek” „przygrywek” na syntezator czy flet. Drugi plan cały czas jest osnuty w mroku, tajemniczości, niepokoju żeby nie powiedzieć grozie, a na wierzch wypływają czasem nawet ciepłe, powtarzane monotonnie delikatne odgłosy tego lepszego świata. Niekiedy słyszalne są jakieś etno zabawki, wymieszane z odgłosami natury i tymi zupełnie syntetycznymi dźwiękami.

Generalnie uważam, że płyta warta kilkukrotnego przesłuchania przy dobrej kondycji psychofizycznej.
Niech mglistość będzie z wami Bagnet.
PS.
Właśnie dostałem wiadomość, że ta pozycja ponoć jest klasykiem w swoim gatunku, więc dzisiaj klasyka za obrazkiem.
RYUSENKEI-BODY - LS
MAO, 2006.

Dla niepoznaki płytka zaczyna się jak kolejne laptopowoelektroniczne wynalazki skośnookich poszukiwaczy dźwięku doskonałego. Taka widać karma, ale jak na razie te poszukiwania nie doprowadziły do nirwany.
Nie wiele wiem, a właściwie nic nie wiem o Ryusenkei-Body, tyle że Ls jest ich pierwszą dużą płytą.
Po minucie z groszami zaczyna się cos dziać. Może pracoholicy zaczynają wracać do swojego bloku, a może tylko się, zacioł laptop?
Takumi Ito : Tenor Sax, Electronics, Toru Hayakawa : Bass, Electronics, Masatsugu Hattori : Drums tak naprawde zaczynaja grac od 3 kawałka. Jest tu niemal wszystko, co zmienia dzisiejsze oblicze tzw. jazzu. Nie twierdzę, że jest to rewolucja czy esencja trendów czy tym bardziej drogowskaz dla innych poszukiwaczy, ale jest to na pewno płyta, na którą warto poświęcić chwilę. Trio z pomocą You Soda (Alto Sax 7, 8) wymieszali i jak dla mnie gustownie podali melanż minimalu, free, elektronicznych przestrzeni.
Ostatnio rzygam dźwiękami wydobywanymi z wynalezionego przez Alfreda Saxa instrumentu, zbyt duża dawka panów na B, V i G spowodowała, że odkładam na jakiś czas płyty gdzie ów instrument jest smyczą ciągnącą za sobą stado pozostałych dźwięków.
W przypadku Ls jest nieco inaczej, ten sax jest, jak by to powiedzieć …. akuratny. Niby na pierwszym palnie jedzie Ito z pasażami, ale gdzieś tuz za nim dzieje się jakaś nienachalna historyjka, która łagodzi ten free.
Co jeszcze mi się podoba to, to że są wymieszane dźwięki instrumentów akustycznych z instrumentami zerojedynkowymi. Chyba nigdy do końca się nie przekonam do muzyki tworzonej tylko za pomocą elektroniki tak jak nikt mnie nie przekona, że grafika warsztatowa to przeżytek.
No to tyle bełkotu, a dźwięki mam nadzieję obronią się same.
DOGON "Before And After"
STEREOSUPREMO, 2002

Po wysłuchaniu i klepnięciu swoich 3 groszy odnośnie kulinarnych i sentymentalnych walorów płyty The Coral wybrałem się do mediateki … i wyszperałem cos takiego jak DOGON.
Wybór padł, ponieważ wyczytałem „Recorded at ZU studio, Rome, Italy”.
No a co to ma wspólnego z płyta z kąta?
Otóż w recenzji było cos o zaskakujących przejściach, zmianach rytmu, klimatu czy coś takiego. Generalnie płyta Coral z tego, co czytałem została uznana za nudną i nic nieznaczącą.
Zapuszczając Before And After dostałem niezłego kopa na dzień dobry, co mnie zdziwiło (a z drugiej strony zabrzmiało obiecująco mając w głowie ZU) przeciez wyszukałem pudełko w dziale jazz. Kolejne utwory przekonały mnie bardzo szybko do słuszności tej klasyfikacji.
Nic nie wiem o panach - Maurizio MARTUSCIELLO Drums, OKAPI Turntables, Sampler, Massimo PUPILLO Contrebasse i szczerze mówiąc nie miałem czasu szukać, wiec jak ktoś znajdzie jakieś informacje na temat tego tria bardzo proszę o kontakt.
Na razie zapragnąłem podzielić się z klubowiczami płytą, na której naprawdę wszystko się przewraca do góry nogami (no przynajmniej w części).
Tu są zmiany, nie ma może spaghetti westernów, ale są pomidory i czad.
Bo co to jest …. Dogon – POMIDOR.
Oczywiście nie była to zagadka dla lingwistów.

Mam nadzieje, że tym razem wszystkim spuchną jaja o ile nie pękły po dzisiejszym, ROOF, które przeszło jakoś bez echa.
PS.
Na poligrafii jest widoczne 14 utwory, a moje wszystkie grajniki i komputery widzą tylko 11?
Sebastian Meissner, Ran Slavin, Eran Sachs
Into The Void
SUB ROSA 2006

Jakoś nie zachwyca mnie ta płyta, mimo że wydaje się być całkiem ciekawym projektem.
Słucham i czegoś mi brakuje. Może tego Krakowa, który szumi w moich uszach, może czegoś bardziej konkretnego i naszego?
Nie wiem, ale dźwięki te nie otwierają u mnie żadnych konkretnych obrazów.
Barszcz z pierogami jakoś kojarzy mi się radośnie, a tu nieco tajemniczy, zakręcony i zapętlony kawałek abstrakcyjnej opowieści o holokauście …..
Może po prostu źle podchodzę do tego krążka? Wyłączając wszelkie zbędne odruchy i oczekiwania to mimo wszystko ciekawie sformatowane dźwiękowe klimaty.
Kilka słów z netu o 2 autorach tego dokumentu:
Eran Sachs to kurator i jeden z najciekawszych artystów audio z Izraela. Jest członkiem projektu Cobra Johna Zorna, występował na Transmediale i innych festiwalach, nagrywał m.in. dla Mille Plateaux, pisywał dla wielu magazynów poświęconych sztuce audio, m.in. The Wire. Razem z Sebastianem Meissnerem i Ranem Slavinem nagrał płytę „Into The Void”, wydaną w Sub Rosa refleksję na temat historii i teraźniejszości krakowskiego Kazimierza.

Sebastian Meissner (aka Klimek, Random Inc.), niemiecki artysta audio, skupiający się w swej twórczości na wątkach miejsko-kulturowo-społecznych. Od click'n'cutowych i ironicznych po zupełnie poważne, zahaczające o tematykę historyczną i polityczną, wszystkie jego prace są wysoko cenione, czego dowodem są liczne zaproszenia na festiwale i do ważniejszych ośrodków sztuki współczesnej na świecie. Występował m.in. na Transmediale w Berlinie i na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, nagrywał dla tak znanych wytwórni, jak Mille Plateaux, Kompakt czy Sub Rosa.

Bagnet
ROOF "The untraceabla cigar"
6.05.1996 Red Note

Dzisiaj ROOF, czyli Tom Cora, Luc Ex, Phil Minton i Michael Vatcher.
Płyta, którą rozpoczyna utwór jakby wyjety z jednej z płyt mojego życia, CD do którego często wracam czyli The Ex i Tom Cora „And The Wearhermen Strug Their Shoulders”.
Jednak już w drugim kawałku redukują chłopaki linie melodyczną dając się ponieś wściekłej, zgrzytliwej i głośnej improwizacji.
W zestawie 11 utworów znajduje się niemal cały bagaż doświadczeń muzycznych Toma no i oczywiście energia The Ex.
Jest niby japońska wokaliza, chwilami przywodząca te niemal nieludzkie dźwięki Eye z Zornowskiego radia. Apogeum popisów wokalnych Miniona to chyba Janna Lied, chociaż w niemal wszystkich utworach jego głos robi za dodatkowy instrument w kwartecie.
Cora jak zwykle nie oszczędza swojej wiolonczeli, a Luc jak zazwyczaj łamie dźwięki basem w większości kompozycji.
Jednym słowem:
NOISFEEPUNCKJASZ

Życzę byście po odsłuchania płyty z rodziną przy obiedzie dalej mieli dach nad głową.
Le Singe Blanc - Strak !

Siedem lat temu nieopodal linii Maginota, spotkało się trzech gości, którzy postanowili zrobić coś razem, pomysłem na to coś była BIAŁA MAŁPA.
Jak przystało na okoliczne undergroundowe zespoły pierwsze próby i występy odbywały się w okolicznościach natury, gdzieś w jednym z bunkrów otoczonym chwastami i łąkami nieurodzajów, których nie brakuje w okolicach Metz.
Strak ! to ich ostatnie dzieło, które może nie jest jakoś specjalnie oryginalne czy broń boże odkrywcze, ale za to niesie ze sobą cały bagaż emocji, szczerości i niesamowitą energię.
Jeśli chce ktoś posłuchać prawdziwych twardnieli z zadymionych lumpiarni, burdeli czy prowincjonalnych barów to jest okazja, ta trójca te miejsca chyba dobrze zna. Wina francuskie mają mniej słońca niż te włoskie, na których wychowują się i degenerują piękni, modni i powabni italiańcy co pewnie nie dotyczy chłopaków np. z ZU, bo oni makaron jak Polacy popijają bimberkiem.
Niewątpliwie słychać tu No Means No, Jesus Lizard czy the Ex, ale bez wątpienia unikalnym chwytem jest warstwa tekstowa, gdzie oprócz mieszanki anglofranko pojawia się niepowtarzalny język małpiarski, co poniekąd pokazuje zapędy awangardowe tria, które w niektórych recenzjach nawet się powiązuje z moimi (niegdyś) ukochanymi residensami.
Tak jak i muzyka tria i życie dookoła jest pokręcone, pełne niespodzianek i nagłych kopów w czoło, lub inną część ciała. Więc może lepiej ponieść się … zapomnieć na chwilkę o świecie i …. zawirować, nawet tylko ze słuchawkami na uszach w jakieś szaleństwo, bestialstwo, perwersyjny bal, w którym jednak nie brakuje humanitaryzmu i po prostu normalnego człowieczeństwa, bo przecież nie każdy rodzi się muzykologiem.

Szczególnie polecam prezesowi zacnego KLUBU nr4 „Rashmoune”.

Płyty z nieukrywanym entuzjazmem i podniesionym ciśnieniem wysłuchałem przy hiszpańskiej butelce pt. Navarra … i mam ochotę na dolewkę na żywo, co mam nadzieję się szybko spełni, ponieważ żabojady bardziej ufają belgijskim labelą niż swoim i co jakiś czas pojawiają się w Bx.

Briagrrebu titu
Bagnet ..................................................................................................bez odbioru ....

PERE UBU
The Modern Dance
1978 Blank

Dzisiaj z cyklu moje korzenie zespół, którego sobotni koncert w Bx odpuściłem, czego coraz bardziej żałuję, ale familijne obowiązki jak zwykle mnie odwiodły od mocnych planów.
Panie i panowie debiutancka płyta PERE UBU The Modern Dance.
Ktoś na liście proponował Thomasa z kompanami do działu wspominek no to proszę, bo jak zerkam na klubowy kąt to niewielu klubowiczów jakoś się ukorzenia;-)
Model współczesnego tańca proponowany przez zespół jest raczej dla epileptyków (bez urazy), bo któż może pląsać przy tej muzyce. Oczywiście nie licząc mnie po kilku piwkach.
Nie mam ani specjalnie pomysłu, ani siły na pisanie o tej płycie, którą jak sądzę wielu z klubowiczów zna, więc zacytuję recęzję, która na marginesie też nie jest oryginalna a podpisana jest przez niejakiego Kamila Antosiewicza
,„Dlaczego jest to dobra płyta? Dlatego, że jest doskonałym debiutem. Dlatego, że powstała jako mikstura rocka garażowego, punka, art-rocka, przesyconego dokonaniami muzyki elektroakustycznej. Jest - nawet z perspektywy ponad 20 lat od jej nagrania - znacznie więcej niż tylko wypadkową powyższych trendów i kierunków muzycznych. Muzycy nie bali się czadu i prostoty (posłuchajcie pierwszych riffów!), Nie bali się sentymentalizmów ("Humor Me") ani dziwnych podziałów, efektów i niełatwych chwytów ("Street Waves", eksplodujące odgłosami tłuczonego szkła). To w zasadzie pozycja klasyczna, choć nie najlepsza w dyskografii Pere Ubu. Anegdota mówi, że znalazła się ona na 82 miejscu w zestawieniu 100 najlepszych płyt w kategorii pop/rock izraelskiego pisma "Yediot Acharonot". I jest to fakt wymowny.”
No i wychodzi, że jednak obrzezanie wpływa na słuch.
Radosnych pląsów
życzy Bagnet

Poza tym strasznie mi się podobały i podobają metodologiczne założenia członków zespołu (szczególnie ostatni punkt):
- nie zabiegaj o rozgłos,
- nie szukaj nikogo,
- nie szukaj sukcesu,
- wybierz pierwszą osobę, o której słyszałeś,
- podążaj za pierwszym pomysłem, jaki ci przyjdzie do głowy,
- wyjątkowi ludzie powinni trzymać się w kupie - zagrają oni unikalną muzykę, niezależnie od tego, czy umieją grać.
 

Diamanda Galas - The Litanies of Satan
Mute 1989

Tak poświątecznie i wspominkowo z cyklu, który zamarł na jakiś czas, czyli „korzenie”

O samej płycie niewiele napiszę, bo są mądrzejsi od rozkładania partytur na pojedyncze nuty.
Chociaż w tym przypadku to bardziej zadanie dla lingwistów, mogących zrozumieć dźwięki z pierwszej części płyty.
Anegdotka:
Znajomy wracał ze stolicy do galicyjskiego Krakowa.
[KK był jedną z tych osób, które mi otworzyły oczy na rozmaite dźwięki (w jego sklepie zostawiałem całe kieszonkowe, co po latach odbiłem sobie przy rozmaitych okazjach).]
Na poboczu tuż za Warszawą machała jakaś smętna autostopowiczka. Krzysztof miał zawsze miękkie serduszko, więc wcisnął pedał hamulcowy i zabrał kobiecinę do Kielc.
W radioodtwarzaczu nieznanej marki właśnie leciała Galas i jej Litania. Kobieta była bardzo spięta, a po jakiś pięciu minutach błagała kierowcę by się zatrzymał. Gdy ten zjechał na pobocze babina uciekła jak poparzona z luksusowego jak na tamte czasy pasata combi. Krzysztof całą drogę jechał sam z Diamandą.
Niestety nigdy się nie dowiedziałem czy chociaż na chwilkę mu stanął.
Diamanda Galas:
Chciałem coś o damie napisać, ale wrzucając na gogle wywaliło mi tyle, linków, że stwierdziłem, że kto będzie chciał to poszuka i przeczyta. Opis samej osoby chyba najtrafniejszy jest na stronach homoseksualistów i feministek wojujących.
*
Na mnie cały czas ta płyta (jak i pozostałe, które mam czarnej Diwy), działa. Niewątpliwie jest to wielka osobowość w świecie show biznesu, kobieta, która oprócz wielkiej twórczej charyzmy, talentu i zaangażowania ma jeszcze coś więcej.
Co?
Posłuchajcie i odpowiedzcie sobie sami, masturbując się przy drugiej części płyty.

Pozdrawiam Bagnet
MEDESKI, SCOFIELD, MARTIN & WOOD
Out Louder
(Indirecto Rec.2006)

Ładna (? fajna) okładka digipacka robi wrażenie .... właściwie chyba było by właśnie lepiej pisać o wydawnictwie pt "Out Louder" od strony edytorskiej niż muzycznej....
Bez przesady, nie jest to co prawda porywająca płyta (na marginesie tria, które bardzo lubię), ale daje kilka przyjemnych chwil i wyłapuje w niej dźwięki, które mnie cieszą. Zdaje sobie sprawę z tego, że jednak płyta ta gdzieś po kilku przesłuchaniach wyląduje w kuferku wśród setek innych zapomnianych cd.
Nie wiem czy ponowna obecność z MM&W Scofielda (bez 2 zdań niezłego gitarzysty, który jednak mnie nie powala i nie działa na moje wnętrzności powodując poszukiwanie tysięcy innych
wygenerowanych przez pacjenta dźwięków) nadała taki ton płycie, czy to już zmęczenie materiału i tak zostanie. A może to przez tą przeklęta demokrację, która wdarła się do projektu, gdzie każdy z jego uczestników przedstawia swoje kompozycje co prowadzi do niespójności całego "dzieła"?
Trochę mnie zemdliło jak się wczytałem w poligrafię i okazało się, że jeden z najlepszych utworów na krążku jest kompozycją Scofielda (nr1), a nuty wyskrobane przez MM&W to mieszanina bluesa, funku, psychodeli czy latynoskich naleciałości no i oczywiście groove, ale nie ma w tym wszystkim jaj.
A wiadomo że bez jaj nic się porządnego nie wysmaży .... no chyba że steka.
Płyta jest przyjemna, taka familijna, można ją słuchać tak jak ogląda się Shreka z całą rodzinką tylko jest mniej śmiesznie.
Więc po co ją wrzucam do podsłuchu? Ano by trochę rozrzedzić syntetyczność kącikowych ostatnio propozycji i zejść nieco na ziemię.
Polecam do kilkukrotnego przesłuchania, nie koniecznie do przegrywania, ... co do kupowania ....
ponoć milczenie jest złotem.

Pozdrawiam Bagnet
Tekst niestety zaginął przy rekonstrukcji podsłuchu.
http://www.grinderman.com                                                                                                                           Bagnet
PIGFACE
"Notes from thee Underground"
1994 Invisible

Po rozstaniu się z Jasiem Zgniłkiem i kolegami z PIL Martin powołał w 90 roku projekt pt. PIGFACE, kolektyw niebywale aktywny i pracowity a przy tym o bardzo płynnym składzie, przez który przewijały się stada freków rozmaitej maści. Właściwie, co roku wydawali płyty, nadszarpując mój domowy budżet;-).
Martin Atkins to czołowa postać zespołu PIGFACE. Zapakowana dzisiaj płyta jest tego przykładem, bo bębny tu grają pierwsze skrzypce w większości utworów.
Notes from Thee Underground to piąta, a trzecia studyjna płyta w dyskografii PIGFACE.
Dopiero dzisiaj się dowiedziałem ilu mi ich płyt brakuje zerkając w necie do notatek o zespole, mam nadzieję to szybko nadrobić, mimo, że dzisiaj już te dźwięki nie działają na mnie tak jak ponad dziesięć lat temu.
Dla czego właśnie ta płyta? Może dla tego, że współtworzyła ją cała chmara niezaprzeczalnych talentów i indywidualności tzw. show biznesu alternatywnej sceny tamtych czasów(cokolwiek to znaczy).
W notatniku z podziemi składa podpis Genesis P.Orridge, lider Psychic TV, Gira od łabędzi, Flea pchła od popowych papryczek, niedoszły prezydent USA Biafra, członkowie takich zespołów jak NIN, Ministry, Killing Joke, Jesus Lizard, Rollins Band, Shellac i kilku innych, których nazwy nic mi i tak nie mówią.
I właściwie jest to wypadkowa wytwarzanych pokręconych, nieco agresywnych i industrialnych dźwięków wyżej wymienionych zespołów.
Nie jest to jakoś bardzo oryginalna czy niepowtarzalna muzyka, ale wydaje się być po prostu dobrym zamkniętym pomysłem na album. Od pierwszego do ostatniego kawałka widoczna jest konsekwencja w działaniu.
Na pewno nie jest to po prostu zbiór przypadkowych piosenek, Atkins przy pomocy przyjaciół stworzył po prostu dobrą płytę.

COP SHOOT COP   "ASK QUESTIONS LATER"
Big Cat Records 1993

Dzisiaj dalej leczymy jaja Rashomona …
Tym razem klasycznym ostrym uderzeniem z początku lat 90siątych, tym samym kontynuuję przegląd płyt zakupionych do pierwszego grajnika CD.
Cop Shoot Cop chyba nigdy nie byli jacyś bardzo popularni i nie ma się co oszukiwać nie był to zespół szczególnie odkrywczy, czy mający jakiś wpływ na kierunek rozwoju rocka.
Chłopaki stosowali popularne w tamtych czasach połączenie gitarowych rifów z elektroniką czy dęciakami no i w kilku kawałkach fortepian.
Ask Questtions Later to chyba najbardziej przebojowa płyta w skromnym dorobku zespołu, który jakoś w połowie lat dziewięćdziesiątych zakończył swój żywot.
Room 429 zagrany przez Nicka Cave pewnie stałby się przebojem. Melodyjny kawałek z fajnie wpasowanymi samplami w tle. Teraz przywodzi mi na myśl tez może trochę New Model Army?
Kolejne kawałki to mieszanina agresji z niepokojem i drobna nutką melancholii (niestety tylko w jednym utworze ;-() wprowadzonej przez skrzypce, na których gra niejaki April Chung pojawiający się również rok wcześniej na płycie Johna Zorna Cobra Live at the Knitting Faktory.
No i w końcu $10 Bill kawałek, który przez jakiś czas budził nocami mieszkającą z nami babcie i biednych sąsiadów, ponieważ notorycznie zapominałem przełączać wzmacniacz na słuchawki. Dzisiaj jak słucham to nic wielkiego, ale jest w tym energia no i sax, puzon i trąbką.
Seattle – właśnie tak wyglądał wtedy rynek muzyczny.
W jednym zdaniu, bo nie ma, co rozkładać na czynniki pierwsze i rozwodzić się nad po prostu fajna wakacyjna płytką.
Polecam podkręcić gałkę, volume to może pękną jaja i będzie jajecznica.
Smacznego.

KEMIALLISET YSTÄVÄT “Kellari Juniversumi”
Neurot Recordings 2005

Kemialliset Ystävät czyli Chemiczmi Przyjaciele to Finlandzki kolektyw, o którym pierwszy raz przeczytałem jakiś czas temu we wspomnieniach z podróży po USA niejakiej Anny Nacher.
Trafiłem na 3 płyty grupy, prezentowana dzisiaj wydała mi się najciekawsza, a raczej najbardziej reprezentacyjna. Generalnie pierwsze słuchanie krążka to była walka by dotrwać do końca, następne odkrywanie tych niewątpliwie schorowanych dźwięków odsłania perełki i pozwala nawet się cieszyć z obecności tej muzyki.
Po przesłuchaniu materiału z CD życie w Finlandii nie wydaje się być sielanką.
Sam nie wiem jak określić tą muzykę, która ma w sobie mnóstwo hipnotycznych czy szamańskich klimatów. Wydaje się być najszczerszym oddaniem kondycji ducha muzyków, za pomocą połamanych, przesterowanych i zawirowanych dźwięków wydobywanych najczęściej z prymitywnych instrumentów. Do tego jakby zaabsorbowane czymś zupełnie z innej bajki chórki.
Chwilami mam wrażenie, że to ścieżka dźwiękowa z jakiegoś plemiennego obrządku, nieznanego rytuału, który ma uśpić dusze jego uczestników.
Płyta bardzo kwasowa … psychofolk … ?
Nie polecam tym, którzy mają jakieś depresyjne problemy.
Bagnet

FRANCISCO LOPEZ  Belle confusion 969
1996 Senoris

Dzisiaj coś na deser, a raczej powrót do miejskiego raju z wycieczki zafundowanej przez Rashomona w sielskoanielski klimaty Baryczy.
Francisco Lopez - hiszpański muzyk, który kolekcjonuje rozmaite dźwięki by je ponownie przerobić i za ich pomocą zbudować nową przestrzeń, a raczej ją wypełnić dźwiękami lub po prostu ciszą, która w jego wykonaniu jest równouprawnioną nutą jak każda z innych w całej gamie.
Pierwsza kaseta Lopeza, z która się zetknąłem lata temu to był materiał z wielorybich dialogów. Obuchowy stylon długo pozostała mi w uszach, bo jak dla mnie właśnie Francisco był tym pierwszym, który otworzył wrota do experymentujacych elektroników.
Na Belle confusion 969 raczej ciszy nie ma, jedna kompozycja wypełniająca cały krążek jest niemal po brzegi zapełniona dźwiękami (nie wiem na ile dyskretny szum można zakwalifikować do nut?), które Lopez gromadził przez sześć lat w Brazylii, Argentynie, Wenezueli, Kostaryce, Senegalu i w Chinach.
Cały utwór jakby się zapętlał. Zaczyna się echami gdzieś w dali istniejącej cywilizacji i do niej po ponad pięćdziesięciu minutach dociera przedzierając się przez chaos i zgrzyt szóstki.

Nie ma tu melodii, rytmu jest za to oddźwięk czyjejś bytności.
Nic więcej nie jestem w stanie napisać, bo tego po prostu trzeba posłuchać.

THOMAS STRONEN
„Pohlitz”
2006 Rune Gramofon

Thomas jest dosyć znanym norweskim perkusistą, który popełnił kilka nawet ciekawych płyt w kooperacjach z ziomalami choćby w Food, Humcrush, Parish czy w Maria Kannegaard Trio. Pohlitz jest chyba pierwszą płytą solową pałkera, który nieco zmienił swój bazowy instrument.
Dzisiaj wrzuciłem do swojego grajnika ubiegłoroczny krążek, na którym Stronen pierwszoplanowe opowieści wydobywa z baterii instrumentów gamelanu (tradycyjny jawajski zestaw instrumentów) delikatnie dorzucając elektroniczne smaczki. Wyciągnięcie pojedynczych instrumentów z „orkiestry” nadaje im w rękach Norwega nowych możliwości.
W całości improwizowana opowieść Thomasa wciąga i zachęca do dokładniejszego poznawania.
Płyta pełna minimalistycznych smaczków, mimo że jest choćby w ostatnim utworze zapęd w transowe klimaty spokojnie może stać choćby koło Steve Reicha lub w dziale z nową elektroniką, o czym już niejako świadczy sam Label, który wydał jak dla mnie bardzo dobry krążek.
Miłego słuchania Bagnet
Tuxedomoon
Bardo Hotel Soundtrack
2006 Crammed Discs

Stałem kiedyś kilka godzin na Rynku Głównym w Krakowie do sklepu z płytami (bez zezwolenia wychowawczyni oddaliłem się od wycieczki)
Rzucili jakieś płyty, ja zakupiłem wtedy Tuxedomoon Half Mute.
Ach ta okładka........;-) Było warto, dźwięki, które usłyszałem po kilku dniach po batach od starego, bo wychowawczyni ta p….. nie omieszkała opowiedzieć, że jak zwykle sprawiałem problemy.

A poważnie już opakowanie mówiło o jego zawartości. Pijąc oczywiście do postu Rashomona, ja często w wyborze płyt posługuje się też oczami. Mój twardy dysk ma zbyt dużo baksektorów by mu do końca zaufać, no i często się wiesza … generalnie jest zawodny, nie mylić z bohaterem trójkowego serialu (ciekaw jestem ilu, klubowiczów zakuma, do czego pije … oprócz monitora rzecz jasna. Cotes du Rhone Villages recolte 2005… miodzio)
Po latach w tym samym sklepie przegrywałem płyty na kasety dzięki Łysemu, któremu do dzisiaj jestem wdzięczny i ubolewam, że nie mogę odwiedzać jego norki na Kazimierzu.
No dobra, ale do rzeczy.
Dzisiaj wrzucam TUXEDOMOON „Bardo Hotel” krążek legendy muzyki nowofalowej cokolwiek to znaczy.
Jakoś Cabin In The Sky z 2004 mnie nie powalił, a był okrzyknięty przynajmniej w BX jako wielki powrót Tuxedomoon, tak Hotel wydaje mi się być bardzo udanym melanżem, klimatów, przez które przechodzili w między czasie członkowie zespołu.
„Bardo Hotel” to muzyka skomponowana do wizualizacji greckiego artysty George Kakanakisa, o którym niestety nic nie wiem.
Płyta jest swoistym kolażem estetyki postrocowców, muzyków klasycznych i jazzmanów.
Nie bardzo jeszcze jestem oswojony z tym dziełem, bo odczytuje to raczej nie jak zbiór piosenek czy utworów, ale raczej jako całość. Jeszcze trochę się gubię w narracji, ale myślę, że gdy znajdę kontakt z ziemią odnajdę na tym krążku sporo kojących duszę dźwięków jak na pierwszej płycue Tuxedoomon.
Nie nudząc już więcej polecam do wsłuchania się i zamieszkania na kilka chwil w tym trochę tajemniczym, trochę cyrkowym hotelu.
I koniecznie uważajcie na swoje walizki na lotniskach.

Pozdrawiam Bagnet
The Young Gods
The Young Gods[1987]

Pierwsze dźwięki Młodych Bogów z debiutanckiego (już dzisiaj prehistorycznego) albumu wcale nie brzmią jak z księżyca, raczej jak z jakiegoś bardzo zapadłego piekła, piekła na ziemi gdzieś na prowincji ….. a w końcu jak się okazuje wszyscy żyjemy na prowincji.
Nr 2 … zapadł mi gdzieś w głębi i tak pewnie zostanie aż do końca.
Nie ma zlituj się od samego początku.
Może nie każdego to rusz, ale jak zakuje się w słuchawki i zapuszczam tą płytkę to przynajmniej przez jakieś 40% odbijam się od ścian, lewituje, moje flaki wrzeszczą ze wściekłością … kurwa jestem w innym świecie …. Wolny? Może bardziej zniewolony?
W końcu sam nie wiem, kim jestem.
Nie ma co, nie jest to szwajcarskie jodłowanie. Powracam do tej płytki, co jakiś czas, jak powracają mi obrazy z ….
dość kombatanckich wspomnień.
Słuchajcie
Np.8 doskonały na dansing karnawałowy.
A jeszcze …. Jak pierwszy raz usłyszałem tą płytę zacząłem się interesować wydawnictwami z pod szyldu „industrial”. Sporo tego było w Belgii, tak sobie wtedy myślałem jak tam musi być zajebiście. Dzisiaj wiem – nie jest, ale płyta do dzisiaj mi się podoba i to jest jedyna płyta the Young Gods, która dla mnie jest nieśmiertelna. Pozostałe to jodłowanie ….
A nie warto słuchać ostatniego kawałka bo jak by był zapowiedzią co będzie na następnej płycie …. ;-(
I po nikąd potwierdza się to o czym śpiewają ….. to jest ostatni raz kiedy mi się podobało the Young Gods.
Z pozdrowieniami dla wszystkich, którzy jak ja czują się bogami słuchając tej płyty
bagnet

THE RESIDENTS "Comercial Album"
1980 Ralph Records

Cóż mój kącik muzyczny inauguruję moimi ulubionymi oczodołami. Fakt, Rezydenci od jakiegoś czasu zalęgają w zamkniętym kuferku a moje uszy katuje raczej dźwiękami bliższymi jazzowi i tzw. awangardy, ale nie było by tych poszukiwań gdyby nie nuty anonimów z San Francisco, którzy otworzyli mi uszy i oczy poza tzw. rock'n'rool.
Długo się zastanawiałem co wrzucić z ogromnego dorobku The Residents, w którym niewątpliwie jest kilka perełek.
W trakcie sobotnich zakupów w hipermarkecie postanowiłem, że będzie to Commercial Album.
Płyta składa się z czterdziestu jednominutowych utworów, będących w zamierzeniu "piosenkami komercyjnymi", czy też reklamowymi. Zespół stworzył własne, schizofreniczne TOP-40, umieszczając na płycie różnorodne, często instrumentalne i melodyjne utwory.
Przy tworzeniu muzyki uczestniczyli  m.in. Fred Frith (gitara), Snakefinger (gitara, wokal), czy Andy Partridge z XTC I Chris Cutler.
Moje kanadyjskie wydanie jest rozszerzone jeszcze o 10 utworów, wśród których jest zajebista wersja utworu J.Browna Is A Man's Man's World.
Zdaje sobie sprawę z tego że większość poszukujących w gąszczu dźwięków już pewnie się spotkała z tą pozycją, a na 100 % z The Residents, ale niech to będzie pretekst do odkurzenia płyt, które zmieniały oblicze tzw. Show Biznesu torując drogę dzisiejszym ekscentrykom i słyszącym inaczej.

Życzę miłych zakupów
Bagnet

bagnet 2006-2010