|
|
![]()
EXPLODING STAR ORCHESTRA
Exploding Star Orchestra to grupa Chicagowskich grajków, których zebrał
doskonale znany z dziesiątek projektów Rob Mazurek. Są to muzycy, którzy
razem z Robem czy Vandermarkiem tworzą nowe muzyczne oblicze Wietrznego
Miasta są to m.in. Jeb Bishop (Vandermark 5), John Herndon, John McEntire,
Jeff Parker (wszyscy Tortoise), Matt Lux (Sea & Cake) no i członkowie
tamtejszego Association For The Advancement Of Creative Musicians, które
ma niewątpliwe zasługi w kształtowaniu muzyki improwizowanej od ponad
czterdziestu lat. Płyta jest efektem dwuletniej pracy zespołu i ponad 30
koncertów, z których pierwszy odbył się w listopadzie 2005 oczywiście w
Chicagowskim parku. Inspiracją dla Roba przy powstawaniu projektu byli
min.: Lem, Satie, Ferrari, Levin. |
Økapi - Bah!Tym
razem zamiast o muzyce to o zwierzątkach, bo ta muzyka mam nadzieję obroni
się sama. |
![]()
BRASIL AND THE GALLOWBROTHERS BAND
Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym zespołem, który jest ponoć kontynuacją
warszawskiego One Inch of Shadow (?). |
PAUL LYTTON, KEN VANDERMARK, PHIL WACHSMANN – Cinc (okka 2006)Cinc to trzech muzyków, grający na skrzypcach z użyciem różnych elektronicznych przetworników Phill Wachsmann, perkusista Paul Lytton (używający także rozmaitych „elektronics”) oraz znany doskonale z dziesiątek projektów Ken Vandermark. Wydaje mi się, że konsekwencją poszukiwań muzycznych jest niestety ciągły odwracanie głowy w przeszłość. I tak się zaczyna ta płyta … od smyczków, które wiodą nasze uszy w przeszłość … nie, a może stety to tylko krótkotrwałe złudzenie. Trochę mi przeszkadza to mieszanie sałatek na początku … a potem jest miejsce na trawienie. Ken prowadzi przez cały układ trawienny, z całymi tego konsekwencjami. Są niestrawności, wzdęcia, poważne wzburzenia aż do śliskiego wyjścia z kichy stolcowej. Uf, przebrnąłem przez pierwszy kawałek. To uf to nie tylko ulga, ale i oczekiwanie na dalsze fizjologicznometafizyczne doznania. Dwa to zdecydowanie popis Vandermarka. Pacjent wyciska z płuc i instrumentu dźwięki, które na bank zachwycą każdego fana free jazzu a zdegustują tych, którzy uważają, że dzisiejsze free to odgrzewanie kotletów czy inne wazeliniarstwo. No, ale tak naprawdę to szczęśliwie przez cała płytę Vandermark jest jakby za Wachsmannem. Granie tria wydaje się być wolną improwizacją gdzie muzycy rozumiejąc intencje towarzyszy doskonale się nawzajem uzupełniają bez zbędnych instrumentalnych dialogów. Zdecydowanie najprzyjemniejsza płyta z udziałem Vandermarka (dla którego mam cały czas respekt bo wielkim instrumentalistą jest) po kącikowym bootlegu Powerhouse Sond. Pozdrawiam Bagnet |
![]()
TOKIJSKA MASAKRA ...
KEIJI HAINO w 3 odsłonach |
GLENN
KOTCHE Mobile2006 Nonesuch Records
Dzisiaj jednoosobowy projekt
niejakiego Glenna Kotche pt. Mobile. |
WHALE
"We Care" 1995 Virgin
Kolejna odgrzebana płyta, która często gościła w moim pierwszym
odtwarzaczu CD. |
ALOG
"Amateur"Rune Grammofon 2007
Płyta zaczyna się piękną
„piosenką” o królewskim synu, który najwidoczniej (nie kumam do końca
tekstu właściwie od początku do końca nie kumam tekstu) ma jakieś
problemy. Pewnie to te egzystencjalne problemy wyższych sfer, bo i płyta
raczej dla takowych jest przeznaczona. Nie mam oczywiście tutaj na myśli
kwestii urodzenia, ani żadnej kastowości tylko po prostu pewien wyższy
stopień wrażliwości, wrażliwości muzycznej. Zaczyna się niemal popowo, no
może nie na listy przebojów, ale jest to rozgrzewka do dalszej przygody z
amatorszczyzną Alog-a.
1. Piątek wieczorem lita przebojów PR3, zapowiada gruboszyjny
znawca muzyki wszelakiej: …. Na ofnastym miejscu ALOG i ich królewska
pieśń radości i chałwy … |
The
Au PairsEqual But Different: BBC Sessions 79-81 1994 RPM Dzisiaj kolejna wspominkowa płytka AU PAIRS – brytyjska kapelka post-punkowa, którą pierwszy raz usłyszałem dzięki niejakiemu Markowi Wiernikowi 3PR. Lata osiemdziesiąte dla mnie to pierwsze poszukiwania muzyki innej niż już trochę mnie wtedy nużący punk-rock czy opozycyjni bardowie, których się słuchało w kościelnych piwnicach lub jak wszystko z taśm stilongorzów. To był jednocześnie okres największych i pierwszych odkryć, do których ni jak się miała muzyka słyszana w towarzystwie rodzicieli. Przegrywane kasety - wielu nazw już dzisiaj nie pamiętam, ale pamiętam za to jak jechaliśmy samochodem (duży fiat) i uprosiłem starszyznę by puścili moją kasetę. Składanka, na której były min. TZN XENNA, BRAK, WC i tp. Przy tekście „dyskoteka kurwoteka syf …. Pozabijać ich” czy „mam pierdoląca w uchu kolczyk w dupie stolca” mało nie wjechaliśmy do rowu. No i mój ulubiony (nie pamiętam, kto to śpiewał) „Kibel, kibel Wylęgarnia muszek Kibel, kibel Chyba się uduszę” No dobrze chyba wystarczy kombatanckich wspominek. Pan Wiernik, który na marginesie zdziadział jak całe polskie radio, otwierał od czasu do czasu przed moimi uszami nowe drzwi. Tak było też z AU PAIRS i !ACTION PACT! - dwie kolejne wtorkowe audycje na jednej już Pewexowskiej kasecie, których czasem słucham na wsi. Pierwsze, co mnie urzekło w Au Pairs to wokal aktorki, lesbijki i feministki LESLEY WOODS, w jej głosie jest tyleż samo energii, co jakiegoś niepokoju i po prostu kobiecego ciepła. Na płycie większość to po prostu gitarowe piosenki, ale niektóre z nich mają oprócz akordów to coś między nutami. Mają klimacik. Jak pierwszy raz usłyszałem Au Pairs to był odlot, teraz to jest ten pop, który lubię i od czasu do czasu słucham dla „przetkania” uszu między nowo odkrywanymi dżwiękami. Później pojawiły się kapele jak Gang of Four, Siouxsie and the Banshees, Throwing Musem czy The Fall, które były fajne, ale już nie powalały jak kwartet z Birmingham. |
Sao
Paulo Underground "Sauna: Um, Dois, Tres" Aesthetics 2006 Roba Mazurka większość tych, którzy słuchają i poszukują nowych dźwięków raczej przedstawiać nie trzeba. Każdy, kto się otarł o współczesny jazz a raczej muzykę, która czerpie i miesza jazzowe improwizacje i tricki z noisem czy z postrockową estetyką, musiał się zetknąć z tym „ciasteczkiem”. Dla tych wszystkich ciekawe pewnie były doświadczenia w trakcie słuchania jego projektów z Jimem O'Rourke, czy Luciem Ferrari no i oczywiście Chicago Underground, Isotope 217, Stereolab, Pan American czy Tortoise. Zmęczony życiem obok Jackowa, Rob emigrował do Brazylii, gdzie śladem Lopeza nagrywa mniejsze rybki i odgłosy natury, by je przyprawić odrobiną psychodelii i usmażyć ku uciesze (lub nie) słuchaczy. Mam nadzieję, że jednak zmęczy Mazurka brazylijski klimat i osiedli się, chociaż na chwilkę w PRLu by uwiecznić nasze ojczyste żabki, kozy, a przede wszystkim to, do czego odnosi się przedstawiana płyta, czyli po prostu życie miasta. Jestem pewien, że nasz miejski folklor byłby równie inspirujący jak życie w Sao Paulo. No, ale jest jeszcze 2 pan, co się zwie Mauricio Takara – perkusista, który pracował z Robem w Bassisters Orchestra no i jeszcze kilku współpracowników, o których nic nie wiem wiec oddam im tylko ukłon. Jak zapuściłem w samochodzie Sauna: Um, Dois, Tres pomyślałem to jest dopiero free, Mazurek miesza zupę, ale chyba nie pomyślał co do niej wrzuca. Dopiero w domu słuchając ponownie płyty mam wrażenie jakby te pierwsze prawie 6 minut były wstępem, niejako ostrzeżeniem dla słuchacza „Uważaj! Lecisz w miejsca gdzie jeszcze ciebie nie było i może nie koniecznie chcesz tam trafić” Ja wiem, że dobrze wybrałem z pułki i jak kiedyś się wybiorę w tamte strony to nie zakupie jakiegoś głupkowatego przewodnika tylko zabiorę tą płytę. Już nieco lżej robi się od 2 kawałka, który w konstrukcji przypomina zwyczajną rockową piosenkę, z refrenem i nieco zagłuszaną przez elektroniczne kolaże melodią. Niby radosny kawałek pod koniec staje się niepokojący by w końcu przerodzić się w słyszalny gdzieś w tle dramat, przytłumiany trasowymi bębnami. Mam wrażenie, że śwp. Beksiński niczym Freud doskonale by rozebrał ten kawałek. A potem „Olhossss” dziwny kawałek przerwany, a raczej przedzielony skeczem, który jakby przenosi słuchacza w zupełnie inne miejsce. To jest właśnie patent Mazurka, łączenie tradycji z nowym mieszanie, experymentów z densowoklubowym graniem. No i ta trąbka, która ciągnie się i w następnym kawałku, granym jak by przez uciekinierów z Afryki, którzy jak górale w Jackowie tęsknią za krajem …, ale te pasaże w tle ewidentnie wskazują na to, że jednak to jest tylko sen, z którego na bank każdego zbudzi końcówka Afrihouse. Powracając do płyt prezentowanych przez Zdzicha z cyklu Krany mam wrażenie, że muzycy przez niego prezentowani są bardziej malarzami. Malują w mózgu słuchacza krajobrazy, które niestety są ulotne. W przypadku tej płyty mam wrażenie, że Sao Paulo Underground to malarze, którzy oprócz krajobrazów malują scenki rodzajowe jak to czynili niderlandzcy mistrzowie, z tym, że bardziej abstrakcyjnie. No i tyle >/,PKP$7798,,58*%&^()_+@%&^(&(GKL:234%^&*Ol+94149462+dfgohij[p];kljklfkhede9yu-=[ Ja jestem pewien, że do tej płyty będę wracał i ciągle ją odkrywał, mam nadzieję, że kiedyś w Sao Paulo. PS. Nie wiem dla czego ale przy ostatnim słuchaniu płyty nieustannie myślałem o moim przyjacielu OPIM, którego pragnę pozdrowić. Bagnet |
Robert
Rich & B.Lustmord "Stalker" Fathom (Hearts Of Space)1995 Nie jestem jakoś specjalnie ani obeznany ani rozkochany w muzyce z tzw. kręgu ambient czy jak to tam zwał. Zawsze uważałem, że dźwięki wydobyte z instrumentów analogowych dają dużo więcej przyjemności niż te skonstruowane za pomocą zer i jedynek. Technika i coraz większa wyobraźnia twórców dźwięków (z premedytacja nie użyłem określenia muzyków, ponieważ nawet Brian „Lustmord” Williams, na co dzień montuje podkłady do reklamówek czy gier) powoduje, że efekty ich pracy są coraz ciekawsze i bogatsze, poniekąd zapełniając jeszcze niezagospodarowaną przestrzeń przez „klasyczne” instrumentarium. Kilka dni temu słuchałem płyty Briana - Risning, która faktycznie wywołuje chwilami ostre zaciskanie zwieraczy by nie popuścić, ale mimo to jest wypełniona ciekawymi dźwiękami, które wywołują też ciekawość, co będzie dalej. Tak też jest i z płytą Stalker, którą Lustmord współtworzy z niejakim Robertem Rich, który sam siebie tytułuje jako dźwiękowego surrealistę. Niemalże 70 minut dźwiękowej układanki, do której panowie użyli już chyba wcześniej wykorzystywanych schematów. W zasadzie cała płyta przebiega w dwóch powierzchniach. Plan pierwszy i tło, ale często właśnie to tło przemawia bardziej niż te niby pierwszoplanowe i bardziej słyszalne lub urywane kawałki „melodyjek” „przygrywek” na syntezator czy flet. Drugi plan cały czas jest osnuty w mroku, tajemniczości, niepokoju żeby nie powiedzieć grozie, a na wierzch wypływają czasem nawet ciepłe, powtarzane monotonnie delikatne odgłosy tego lepszego świata. Niekiedy słyszalne są jakieś etno zabawki, wymieszane z odgłosami natury i tymi zupełnie syntetycznymi dźwiękami. Generalnie uważam, że płyta warta kilkukrotnego przesłuchania przy dobrej kondycji psychofizycznej. Niech mglistość będzie z wami Bagnet. PS. Właśnie dostałem wiadomość, że ta pozycja ponoć jest klasykiem w swoim gatunku, więc dzisiaj klasyka za obrazkiem. |
RYUSENKEI-BODY
- LSMAO, 2006. Dla niepoznaki płytka zaczyna się jak kolejne laptopowoelektroniczne wynalazki skośnookich poszukiwaczy dźwięku doskonałego. Taka widać karma, ale jak na razie te poszukiwania nie doprowadziły do nirwany. Nie wiele wiem, a właściwie nic nie wiem o Ryusenkei-Body, tyle że Ls jest ich pierwszą dużą płytą. Po minucie z groszami zaczyna się cos dziać. Może pracoholicy zaczynają wracać do swojego bloku, a może tylko się, zacioł laptop? Takumi Ito : Tenor Sax, Electronics, Toru Hayakawa : Bass, Electronics, Masatsugu Hattori : Drums tak naprawde zaczynaja grac od 3 kawałka. Jest tu niemal wszystko, co zmienia dzisiejsze oblicze tzw. jazzu. Nie twierdzę, że jest to rewolucja czy esencja trendów czy tym bardziej drogowskaz dla innych poszukiwaczy, ale jest to na pewno płyta, na którą warto poświęcić chwilę. Trio z pomocą You Soda (Alto Sax 7, 8) wymieszali i jak dla mnie gustownie podali melanż minimalu, free, elektronicznych przestrzeni. Ostatnio rzygam dźwiękami wydobywanymi z wynalezionego przez Alfreda Saxa instrumentu, zbyt duża dawka panów na B, V i G spowodowała, że odkładam na jakiś czas płyty gdzie ów instrument jest smyczą ciągnącą za sobą stado pozostałych dźwięków. W przypadku Ls jest nieco inaczej, ten sax jest, jak by to powiedzieć …. akuratny. Niby na pierwszym palnie jedzie Ito z pasażami, ale gdzieś tuz za nim dzieje się jakaś nienachalna historyjka, która łagodzi ten free. Co jeszcze mi się podoba to, to że są wymieszane dźwięki instrumentów akustycznych z instrumentami zerojedynkowymi. Chyba nigdy do końca się nie przekonam do muzyki tworzonej tylko za pomocą elektroniki tak jak nikt mnie nie przekona, że grafika warsztatowa to przeżytek. No to tyle bełkotu, a dźwięki mam nadzieję obronią się same. |
DOGON
"Before And After"STEREOSUPREMO, 2002 Po wysłuchaniu i klepnięciu swoich 3 groszy odnośnie kulinarnych i sentymentalnych walorów płyty The Coral wybrałem się do mediateki … i wyszperałem cos takiego jak DOGON. Wybór padł, ponieważ wyczytałem „Recorded at ZU studio, Rome, Italy”. No a co to ma wspólnego z płyta z kąta? Otóż w recenzji było cos o zaskakujących przejściach, zmianach rytmu, klimatu czy coś takiego. Generalnie płyta Coral z tego, co czytałem została uznana za nudną i nic nieznaczącą. Zapuszczając Before And After dostałem niezłego kopa na dzień dobry, co mnie zdziwiło (a z drugiej strony zabrzmiało obiecująco mając w głowie ZU) przeciez wyszukałem pudełko w dziale jazz. Kolejne utwory przekonały mnie bardzo szybko do słuszności tej klasyfikacji. Nic nie wiem o panach - Maurizio MARTUSCIELLO Drums, OKAPI Turntables, Sampler, Massimo PUPILLO Contrebasse i szczerze mówiąc nie miałem czasu szukać, wiec jak ktoś znajdzie jakieś informacje na temat tego tria bardzo proszę o kontakt. Na razie zapragnąłem podzielić się z klubowiczami płytą, na której naprawdę wszystko się przewraca do góry nogami (no przynajmniej w części). Tu są zmiany, nie ma może spaghetti westernów, ale są pomidory i czad. Bo co to jest …. Dogon – POMIDOR. Oczywiście nie była to zagadka dla lingwistów. Mam nadzieje, że tym razem wszystkim spuchną jaja o ile nie pękły po dzisiejszym, ROOF, które przeszło jakoś bez echa. PS. Na poligrafii jest widoczne 14 utwory, a moje wszystkie grajniki i komputery widzą tylko 11? |
Sebastian
Meissner, Ran Slavin, Eran SachsInto The Void SUB ROSA 2006 Jakoś nie zachwyca mnie ta płyta, mimo że wydaje się być całkiem ciekawym projektem. Słucham i czegoś mi brakuje. Może tego Krakowa, który szumi w moich uszach, może czegoś bardziej konkretnego i naszego? Nie wiem, ale dźwięki te nie otwierają u mnie żadnych konkretnych obrazów. Barszcz z pierogami jakoś kojarzy mi się radośnie, a tu nieco tajemniczy, zakręcony i zapętlony kawałek abstrakcyjnej opowieści o holokauście ….. Może po prostu źle podchodzę do tego krążka? Wyłączając wszelkie zbędne odruchy i oczekiwania to mimo wszystko ciekawie sformatowane dźwiękowe klimaty. Kilka słów z netu o 2 autorach tego dokumentu: Eran Sachs to kurator i jeden z najciekawszych artystów audio z Izraela. Jest członkiem projektu Cobra Johna Zorna, występował na Transmediale i innych festiwalach, nagrywał m.in. dla Mille Plateaux, pisywał dla wielu magazynów poświęconych sztuce audio, m.in. The Wire. Razem z Sebastianem Meissnerem i Ranem Slavinem nagrał płytę „Into The Void”, wydaną w Sub Rosa refleksję na temat historii i teraźniejszości krakowskiego Kazimierza. Sebastian Meissner (aka Klimek, Random Inc.), niemiecki artysta audio, skupiający się w swej twórczości na wątkach miejsko-kulturowo-społecznych. Od click'n'cutowych i ironicznych po zupełnie poważne, zahaczające o tematykę historyczną i polityczną, wszystkie jego prace są wysoko cenione, czego dowodem są liczne zaproszenia na festiwale i do ważniejszych ośrodków sztuki współczesnej na świecie. Występował m.in. na Transmediale w Berlinie i na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, nagrywał dla tak znanych wytwórni, jak Mille Plateaux, Kompakt czy Sub Rosa. Bagnet |
ROOF
"The untraceabla cigar"6.05.1996 Red Note Dzisiaj ROOF, czyli Tom Cora, Luc Ex, Phil Minton i Michael Vatcher. Płyta, którą rozpoczyna utwór jakby wyjety z jednej z płyt mojego życia, CD do którego często wracam czyli The Ex i Tom Cora „And The Wearhermen Strug Their Shoulders”. Jednak już w drugim kawałku redukują chłopaki linie melodyczną dając się ponieś wściekłej, zgrzytliwej i głośnej improwizacji. W zestawie 11 utworów znajduje się niemal cały bagaż doświadczeń muzycznych Toma no i oczywiście energia The Ex. Jest niby japońska wokaliza, chwilami przywodząca te niemal nieludzkie dźwięki Eye z Zornowskiego radia. Apogeum popisów wokalnych Miniona to chyba Janna Lied, chociaż w niemal wszystkich utworach jego głos robi za dodatkowy instrument w kwartecie. Cora jak zwykle nie oszczędza swojej wiolonczeli, a Luc jak zazwyczaj łamie dźwięki basem w większości kompozycji. Jednym słowem: NOISFEEPUNCKJASZ Życzę byście po odsłuchania płyty z rodziną przy obiedzie dalej mieli dach nad głową. |
Le
Singe Blanc - Strak !
Siedem lat temu nieopodal
linii Maginota, spotkało się trzech gości, którzy postanowili zrobić coś
razem, pomysłem na to coś była BIAŁA MAŁPA. |
PERE
UBUThe Modern Dance 1978 Blank
Dzisiaj z cyklu moje
korzenie zespół, którego sobotni koncert w Bx odpuściłem, czego coraz
bardziej żałuję, ale familijne obowiązki jak zwykle mnie odwiodły od
mocnych planów. |
Diamanda
Galas - The Litanies of SatanMute 1989 Tak poświątecznie i wspominkowo z cyklu, który zamarł na jakiś czas, czyli „korzenie” O samej płycie niewiele napiszę, bo są mądrzejsi od rozkładania partytur na pojedyncze nuty. Chociaż w tym przypadku to bardziej zadanie dla lingwistów, mogących zrozumieć dźwięki z pierwszej części płyty. Anegdotka: Znajomy wracał ze stolicy do galicyjskiego Krakowa. [KK był jedną z tych osób, które mi otworzyły oczy na rozmaite dźwięki (w jego sklepie zostawiałem całe kieszonkowe, co po latach odbiłem sobie przy rozmaitych okazjach).] Na poboczu tuż za Warszawą machała jakaś smętna autostopowiczka. Krzysztof miał zawsze miękkie serduszko, więc wcisnął pedał hamulcowy i zabrał kobiecinę do Kielc. W radioodtwarzaczu nieznanej marki właśnie leciała Galas i jej Litania. Kobieta była bardzo spięta, a po jakiś pięciu minutach błagała kierowcę by się zatrzymał. Gdy ten zjechał na pobocze babina uciekła jak poparzona z luksusowego jak na tamte czasy pasata combi. Krzysztof całą drogę jechał sam z Diamandą. Niestety nigdy się nie dowiedziałem czy chociaż na chwilkę mu stanął. Diamanda Galas: Chciałem coś o damie napisać, ale wrzucając na gogle wywaliło mi tyle, linków, że stwierdziłem, że kto będzie chciał to poszuka i przeczyta. Opis samej osoby chyba najtrafniejszy jest na stronach homoseksualistów i feministek wojujących. * Na mnie cały czas ta płyta (jak i pozostałe, które mam czarnej Diwy), działa. Niewątpliwie jest to wielka osobowość w świecie show biznesu, kobieta, która oprócz wielkiej twórczej charyzmy, talentu i zaangażowania ma jeszcze coś więcej. Co? Posłuchajcie i odpowiedzcie sobie sami, masturbując się przy drugiej części płyty. Pozdrawiam Bagnet |
MEDESKI,
SCOFIELD, MARTIN & WOODOut Louder (Indirecto Rec.2006) Ładna (? fajna) okładka digipacka robi wrażenie .... właściwie chyba było by właśnie lepiej pisać o wydawnictwie pt "Out Louder" od strony edytorskiej niż muzycznej.... Bez przesady, nie jest to co prawda porywająca płyta (na marginesie tria, które bardzo lubię), ale daje kilka przyjemnych chwil i wyłapuje w niej dźwięki, które mnie cieszą. Zdaje sobie sprawę z tego, że jednak płyta ta gdzieś po kilku przesłuchaniach wyląduje w kuferku wśród setek innych zapomnianych cd. Nie wiem czy ponowna obecność z MM&W Scofielda (bez 2 zdań niezłego gitarzysty, który jednak mnie nie powala i nie działa na moje wnętrzności powodując poszukiwanie tysięcy innych wygenerowanych przez pacjenta dźwięków) nadała taki ton płycie, czy to już zmęczenie materiału i tak zostanie. A może to przez tą przeklęta demokrację, która wdarła się do projektu, gdzie każdy z jego uczestników przedstawia swoje kompozycje co prowadzi do niespójności całego "dzieła"? Trochę mnie zemdliło jak się wczytałem w poligrafię i okazało się, że jeden z najlepszych utworów na krążku jest kompozycją Scofielda (nr1), a nuty wyskrobane przez MM&W to mieszanina bluesa, funku, psychodeli czy latynoskich naleciałości no i oczywiście groove, ale nie ma w tym wszystkim jaj. A wiadomo że bez jaj nic się porządnego nie wysmaży .... no chyba że steka. Płyta jest przyjemna, taka familijna, można ją słuchać tak jak ogląda się Shreka z całą rodzinką tylko jest mniej śmiesznie. Więc po co ją wrzucam do podsłuchu? Ano by trochę rozrzedzić syntetyczność kącikowych ostatnio propozycji i zejść nieco na ziemię. Polecam do kilkukrotnego przesłuchania, nie koniecznie do przegrywania, ... co do kupowania .... ponoć milczenie jest złotem. Pozdrawiam Bagnet |
Tekst niestety
zaginął przy rekonstrukcji podsłuchu.http://www.grinderman.com Bagnet |
PIGFACE
"Notes from thee Underground" 1994 Invisible Po
rozstaniu się z Jasiem Zgniłkiem i kolegami z PIL Martin powołał w 90 roku
projekt pt. PIGFACE, kolektyw niebywale aktywny i pracowity a przy tym o
bardzo płynnym składzie, przez który przewijały się stada freków rozmaitej
maści. Właściwie, co roku wydawali płyty, nadszarpując mój domowy
budżet;-). |
COP
SHOOT COP "ASK QUESTIONS LATER" Big Cat Records 1993
Dzisiaj dalej leczymy jaja
Rashomona … |
KEMIALLISET
YSTÄVÄT “Kellari Juniversumi”Neurot Recordings 2005
Kemialliset Ystävät czyli
Chemiczmi Przyjaciele to Finlandzki kolektyw, o którym pierwszy raz
przeczytałem jakiś czas temu we wspomnieniach z podróży po USA niejakiej
Anny Nacher. |
FRANCISCO
LOPEZ Belle confusion 9691996 Senoris
Dzisiaj coś na deser, a
raczej powrót do miejskiego raju z wycieczki zafundowanej przez Rashomona
w sielskoanielski klimaty Baryczy. |
THOMAS
STRONEN „Pohlitz” 2006 Rune Gramofon Thomas jest dosyć znanym norweskim perkusistą, który popełnił kilka nawet ciekawych płyt w kooperacjach z ziomalami choćby w Food, Humcrush, Parish czy w Maria Kannegaard Trio. Pohlitz jest chyba pierwszą płytą solową pałkera, który nieco zmienił swój bazowy instrument. Dzisiaj wrzuciłem do swojego grajnika ubiegłoroczny krążek, na którym Stronen pierwszoplanowe opowieści wydobywa z baterii instrumentów gamelanu (tradycyjny jawajski zestaw instrumentów) delikatnie dorzucając elektroniczne smaczki. Wyciągnięcie pojedynczych instrumentów z „orkiestry” nadaje im w rękach Norwega nowych możliwości. W całości improwizowana opowieść Thomasa wciąga i zachęca do dokładniejszego poznawania. Płyta pełna minimalistycznych smaczków, mimo że jest choćby w ostatnim utworze zapęd w transowe klimaty spokojnie może stać choćby koło Steve Reicha lub w dziale z nową elektroniką, o czym już niejako świadczy sam Label, który wydał jak dla mnie bardzo dobry krążek. Miłego słuchania Bagnet |
Tuxedomoon Bardo Hotel Soundtrack 2006 Crammed Discs Stałem kiedyś kilka godzin na Rynku Głównym w Krakowie do sklepu z płytami (bez zezwolenia wychowawczyni oddaliłem się od wycieczki) Rzucili jakieś płyty, ja zakupiłem wtedy Tuxedomoon Half Mute. Ach ta okładka........;-) Było warto, dźwięki, które usłyszałem po kilku dniach po batach od starego, bo wychowawczyni ta p….. nie omieszkała opowiedzieć, że jak zwykle sprawiałem problemy. A poważnie już opakowanie mówiło o jego zawartości. Pijąc oczywiście do postu Rashomona, ja często w wyborze płyt posługuje się też oczami. Mój twardy dysk ma zbyt dużo baksektorów by mu do końca zaufać, no i często się wiesza … generalnie jest zawodny, nie mylić z bohaterem trójkowego serialu (ciekaw jestem ilu, klubowiczów zakuma, do czego pije … oprócz monitora rzecz jasna. Cotes du Rhone Villages recolte 2005… miodzio) Po latach w tym samym sklepie przegrywałem płyty na kasety dzięki Łysemu, któremu do dzisiaj jestem wdzięczny i ubolewam, że nie mogę odwiedzać jego norki na Kazimierzu. No dobra, ale do rzeczy. Dzisiaj wrzucam TUXEDOMOON „Bardo Hotel” krążek legendy muzyki nowofalowej cokolwiek to znaczy. Jakoś Cabin In The Sky z 2004 mnie nie powalił, a był okrzyknięty przynajmniej w BX jako wielki powrót Tuxedomoon, tak Hotel wydaje mi się być bardzo udanym melanżem, klimatów, przez które przechodzili w między czasie członkowie zespołu. „Bardo Hotel” to muzyka skomponowana do wizualizacji greckiego artysty George Kakanakisa, o którym niestety nic nie wiem. Płyta jest swoistym kolażem estetyki postrocowców, muzyków klasycznych i jazzmanów. Nie bardzo jeszcze jestem oswojony z tym dziełem, bo odczytuje to raczej nie jak zbiór piosenek czy utworów, ale raczej jako całość. Jeszcze trochę się gubię w narracji, ale myślę, że gdy znajdę kontakt z ziemią odnajdę na tym krążku sporo kojących duszę dźwięków jak na pierwszej płycue Tuxedoomon. Nie nudząc już więcej polecam do wsłuchania się i zamieszkania na kilka chwil w tym trochę tajemniczym, trochę cyrkowym hotelu. I koniecznie uważajcie na swoje walizki na lotniskach. Pozdrawiam Bagnet |
The
Young GodsThe Young Gods[1987]
Pierwsze dźwięki Młodych Bogów z debiutanckiego (już dzisiaj
prehistorycznego) albumu wcale nie brzmią jak z księżyca, raczej jak z
jakiegoś bardzo zapadłego piekła, piekła na ziemi gdzieś na prowincji …..
a w końcu jak się okazuje wszyscy żyjemy na prowincji. |
THE
RESIDENTS "Comercial Album" 1980 Ralph Records
Cóż mój kącik muzyczny inauguruję moimi ulubionymi oczodołami. Fakt,
Rezydenci od jakiegoś czasu zalęgają w zamkniętym kuferku a moje uszy
katuje raczej dźwiękami bliższymi jazzowi i tzw. awangardy, ale nie było
by tych poszukiwań gdyby nie nuty anonimów z San Francisco, którzy
otworzyli mi uszy i oczy poza tzw. rock'n'rool. |
bagnet 2006-2010